To
były cztery dni. Słoneczno-deszczowe piękne dni wypełnione dzwonkami rowerów i
śmiechem Anmara. Bolał mnie brzuch ze śmiechu i przejedzenia. Wszystko bez
pośpiechu, spokojnie (oprócz ostatniego sprintu na lotnisko...), bardzo
północnoeuropejsko.
OK,
to na pewno nie była typowa wycieczka, chociaż plan A miałam opracowany i nawet
chciałam go zrealizować.
Przyleciałam
na Schiphol po praktycznie nieprzespanej nocy i od razu otrzeźwił mnie chłód.
No tak, witamy na północy. Anmar, mój amsterdamski gospodarz, miał mnie odebrać
z lotniska, ale mu nie wyszło, więc kierowana jego dość precyzyjnymi
instrukcjami dotarłam do Centraal Station. Centrum Amsterdamu oświetlone
upartym słońcem przedzierającym się przez chmury okropnie mi się spodobało.
Pierwsze wrażenie - wszystko zrobione jest z polukrowanego piernika! Brązowe
fasady z białymi wykończeniami, słodko i uroczo. Tramwaj kręcił się po mieście,
a ja miałam czas na poznawanie. Amsterdam tram touristic.
Kanały,
mosty i ROWERY. Dziesiątki łódek i tysiące rowerów, wszędzie zaparkowane,
pędzące niekończącymi się ścieżkami, we wszystkich możliwych kolorach i wiozące
wszystkich: od panów w garniturach z komórką przy uchu, przez rodziny z dziećmi
w doczepionych koszach, po staruszków, którzy pewnie chodzą dużo słabiej niż
pedałują. Genialne.
Dotarłam
do Damien, spokojnych przedmieść, gdzie czekał na mnie Anmar. Wyściskał mnie, jak
najlepszego przyjaciela, co mnie trochę zaskoczyło, po czym już w jego domu
padłam na 3 godzinną drzemkę. Później wybraliśmy się na spacer, uzbrojeni w
parasole i przeciwdeszczowe pelerynki.
Amsterdam
jest bardzo uroczy, wąskie uliczki połączone są mostami nad spokojnymi kanałami
pełnymi łodzi. Wędrowaliśmy bez mapy, trochę głupio się z tym czułam, bo
zazwyczaj lubię wiedzieć gdzie jestem i dokąd idę, jednak Anmar okazał się być
niezłym przewodnikiem. Wzdłuż jednego z miliona kanałów rozstawione były
dziesiątki budek z cebulkami tulipanów, można sobie wyhodować kwiatki w każdym
możliwym kolorze i kształcie – chciałabym wrócić tu na wiosnę i zobaczyć to wszystko
w pełnym rozkwicie, musi wyglądać cudownie. W ramach przekąski chodziliśmy od
jednego sklepu z serami do drugiego, „degustując” różne rodzaje serów i
musztard. Pychota! Ostre i łagodne, słodkie i pikantne, a na deser – również degustacyjnie
– karmelowe wafle, specjalność holenderska. Są okrągłe, kładzie się je na
filiżankę gorącej herbatki, a wtedy karmel topi się… Palce lizać.
Był
wrzesień, trochę już chłodno, szczególnie w porównaniu ze słoneczną Barceloną.
A jako że ten wrzesień był ponad pół roku temu, a ja nie robiłam notatek na
bieżąco (bo nie było kiedy), to ta notka będzie jedynie zbiorem obrazków z tych
wspaniałych czterech dni. Pamiętam niesamowite chmury nad miastem, zawieszone
nisko, ale nie depresyjne, oświetlone jesiennym słońcem i co rusz spuszczające
na moją głowę trochę deszczu.
Sklepy
z marihuaną, sprzętem i gadżetami do palenia - ogólna dostępność i swoboda.
Przyjeżdżają tu całe wycieczki tylko po to, żeby się porządnie ujarać. Ostatnio
chyba ograniczono tu dostęp do tzw miękkich dragów, ale i tak co chwilę wchodzi
się w sympatyczną zieloną chmurkę.
Dzielnica
czerwonych latarni, która wydała się szalenie smutna. Ładne młode dziewczyny
stoją półnagie w oknach i próbują przyciągnąć zainteresowanie kogokolwiek,
prężąc się i wypinając to w jedną, to w drugą stronę. Witryny są różowe,
czerwone, a w nich wystawa dziwek rasowych. Jak galeria handlowa –płacisz i
masz. Nie jestem pruderyjna, ale kiedy weszliśmy w te wąskie czerwone
korytarze, poczułam się bardzo nieswojo, zaczął rosnąć we mnie jakiś opór, nie
chciałam iść dalej. Anmar zaproponował, by wejść do jednego z klubów, jednak
ja, po przekroczeniu progu, kiedy buchnęło na mnie ciemne i ciężkie powietrze,
odwróciłam się na pięcie i zwyczajnie uciekłam. Nie i koniec.
Muzeum
Van Gogha. Udało mi się nie stać w kolejce i do tego wejść za darmo, ponieważ Anmar
pożyczył roczne wejściówki od swoich znajomych. I chwała mu za to. Niestety,
jedno z pięter było nieczynne, więc koniecznie muszę tam kiedyś wrócić i
obejrzeć resztę.
Od
zawsze lubiłam van Gogha, jego geniusz i szaleństwo są dla mnie pewnego rodzaju
inspiracją. Po jego obrazach z młodości widać jak się starał wpasować w
holenderską szkołę mistrzów, jak próbował naśladować najlepszych i jak mu to
wychodziło co najmniej średnio. Przechodząc z jednej sali do drugiej
obserwowałam, jak rozwijał się jego charakterystyczny styl, rosła pasja i
zaburzenia, jak namiętnie ciskał farbę na płótno. Wiem, że powinno się patrzeć
na jego obrazy z pewnej perspektywy, jednak ja zawsze wolę podejść blisko,
badać smagnięcia pędzlem, grudy farby i niby przypadkowe kropki i paćki. Zawsze
mam ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć płótna… Mam wrażenie, że te obrazy nie są
jedynie do patrzenia, że należy je czytać
również opuszkami palców, wąchać, a może nawet trochę polizać.
Mój
własny amsterdamski rower. Wybieraliśmy się z Anmarem do jego znajomych gdzieś
poza centrum, trochę daleko według mapy, co jednak dla niego nie miało
większego znaczenia, jeśli dalej było w zasięgu roweru. Ja takowego nie
posiadałam, a również nie za bardzo kwapiłam się do pedałowania – ci ludzie
jeżdżą jak szaleni, szybko, dużo, bez zważania na przechodniów, światła i
innych rowerzystów. Na szczęście, nie dane mi było tego uniknąć, za co do dziś
jestem wdzięczna mojemu gospodarzowi. Na jednym z mostów stał stary, trochę
zardzewiały i popsuty rower, Anmar sprawdził koła, wyprostował i przetarł
siodełko, powyrywał zbędne szprychy i ruszyliśmy. Rower rzęził jak stara
kosiarka do trawy, co 200 m spadał mi łańcuch, ledwo dosięgałam do pedałów, ale
i tak było cudownie, śmiałam się w głos i pędziłam po kilometrach ścieżek
mijając setki rowerzystów, od których już nic mnie nie odróżniało. Przestałam
być turystką, miałam własny rower.
NDSM.
Po drugiej stronie zatoki, pół godziny promem znajduje się stary nieużywany już
dok, ogromne budynki i hale stoczniowe, obecnie przerobione na przestrzeń
artystyczną. Sztuka alternatywna, squaty, ogromne przestrzenie do wykorzystania
przez młodych kreatywnych ludzi. I jeszcze skate park, restauracje, akademiki,
pchli targ i nie wiem co jeszcze. Surowość fabrycznych hal pozwala się twórczo
wyżyć, bo cokolwiek tam się zmajstruje, to na pewno nie popsuje to ich neutralności.
Kurczę, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale wiem, że cokolwiek się tam zrobi,
nawet najbardziej nonsensownego, będzie to miało ręce i nogi i będzie pasować.
Na przykład spotkaliśmy faceta, który wyklejał samochód kawałkami marcepana.
Obok stał kilkumetrowy posąg jak w Wyspy Wielkanocnej. Obok jakaś dziewczyna miała rozstawione
sztalugi i malowała jakąś kupę żelaza. I mnóstwo innych ciekawostek, na które nie
było już czasu, bo trzeba było popędzić na lotnisko.
Wycieczka
kanałami. I to jeszcze w towarzystwie Marka. Spotkaliśmy się po kliku latach
niewidzenia, dawno temu poznaliśmy się w Taize, potem on mnie odwiedził w
Barcelonie, więc przyjemnie było pogadać i spędzić razem trochę czasu. Zabrałam
go na bardzo turystyczny rejs jedną z niezliczonych łódeczek, które jakimś
cudem przeciskają się pod mostami i potrafią zmieścić się w tych wszystkich
kanałach, niekiedy szerokości większej rynny. To była bardzo długa godzina.
Rejs był super nudny, a nam po 20 minutach skończyły się tematy i skupiałam się
jedynie, by nie zasnąć ukołysana pomrukiem silnika i pluskiem fal. Ale trzeba
przyznać, że miasto z tej perspektywy wygląda szczególnie pięknie. Pełno
zieleni, porośnięte mchem mosty, powykrzywiane budynki i domy na wodzie. Ludzie
mieszkają na łodziach zacumowanych do brzegów, normalnie mają prąd i wszystko,
na balkonach rosną im kwiatki i suszy się pranie. Wygląda to bardzo malowniczo.
Wracałam
do Diemen tramwajem gapiąc się na przemoknięte wieczornym deszczem ulice,
myśląc, że mogłoby być to fajne miasto do mieszkania. Duże, ale nie
przytłaczające, zielone, ciche, urocze, międzynarodowe, z bogatą ofertą
kulturalną, ludźmi, którzy mówią po angielsku z miłym, szeleszczącym akcentem.
I nad wodą.
Ale
jak to, wyjechać z Barcelony…?!
Komentarze
Prześlij komentarz