Przejdź do głównej zawartości

Teneryfa

Nieskończona wakacyjność. Nie wyobrażam sobie, jak ludzie mogą tu mieszkać na stałe i śpieszyć się, i mieć sprawy do załatwienia na wczoraj, i żyć w jakimkolwiek stresie. To były chyba najbardziej zrelaksowane wakacje jakie do tej pory miałam. No tak, i bardziej wakacje niż podróż.

Czarne plaże poryte wulkanicznymi skałami, przez co zieleń wydaje się głębsza, granat wody czystszy, a słońce intensywniejsze. Jest luty, wieje chłodny wiatr – jak w czerwcu nad Bałtykiem, zmarzłam w bikini na plaży. W lutym.

Jest pięknie, inne oblicze Hiszpanii, inne oblicze mojego podróżowania. Na dzień dobry pomyliły mi się miasta, zapomniałam zabrać ze sobą paru ważnych rzeczy, przyjechałam kompletnie nieprzygotowana – co zobaczyć, co robić, dokąd iść… co mnie wcale nie spięło, a jedynie bardzo rozśmieszyło. Coś nowego, takie roztargnienie.

Z lotniska Tenerife Norte złapałam autobus do Puerto de la Cruz, odszukałam hotelik Tejuma (całkiem ładny, ale nieudany – obsługa nie mogła być gorsza i nie mówię tego, bo się zrobiłam taką paniusią, ale dlatego, że jej po prostu nie było, a jak się w końcu pojawiła, to robiła łaskę, że się czymkolwiek zajęła) i udałam się na rekonesans. Już po chwili nie mogłam się powstrzymać i różne ochy i achy wyrywały się niekontrolowanie. Skaliste klify, lazurowa woda, bananowe pola, w oddali wulkan Teide, po prostu bajka.
Puerto jest bardzo wakacyjne, tłumy angielskich i niemieckich emerytów przechadzają się promenadzie wolnym krokiem bądź przesiadują w niezliczonym barach z menu w pięciu językach. Była akurat niedziela, uwielbiam niedzielne spacery, kiedy turystyczny tłum miesza się z tubylcami ubranymi odświętnie i spacerujących pod rączkę. Ostatnia niedziela karnawału (mimo że Środa Popielcowa była już cztery dni temu, kto by się przejmował takimi szczegółami…), więc wszędzie fiesta, pełno przebierańców – od malutkich dzieciaków po 30-40-latków biorących udział w niezliczonych paradach i pokazach artystycznych. To jedna z tych rzeczy, która zachwyca mnie w Hiszpanii: fiesty i ludzie biorący w nich udział czynnie, a nie jako bierni klaszczący widzowie. Całe rodziny i społeczności się organizują, to jest wspaniałe, jak im się chce przebierać, przystrajać ulice i cieszyć się z siebie samych.

Posiedziałam trochę na falochronie, z dala od ogłupiającej festynowej muzyki, wsłuchując się w huk niezmordowanych fal. Na skałach wygrzewały się dziesiątki małych krabów, płoszyły się cieniem, jaki na nie rzucałam, by po chwili wracać na dawne miejsce, nie zwracając uwagi na smagające je fale. Nie wiedziałam, że kraby chodzą bokiem.


Będzie niechronologicznie.

Dzień trzeci. Wybraliśmy się dziś z Rysiem na Teide, najwyższy szczyt Hiszpanii, 3700m n.p.m. To wulkan czynny, ale uśpiony, budzi się podobno raz na 100 lat. Ostatni raz w 1903 roku… Krajobraz niesamowity, księżycowy, niewiele roślinności ozdobione płachtami śniegu. Ostre skały nie zachęcają do wędrówek między nimi. Skały wulkaniczne wyglądały jak gigantyczne grudy czarnej gleby przeoranej przed momentem jakimś wielkim niewidocznym pługiem, lśniły w słońcu i puchły swoją tłustą czernią. Wjechaliśmy kolejką linową na 3555 m n.p.m a na górze -4 stopnie, wiatr, śnieg i oślepiające słońce. I zamknięte szlaki na szczyt z powodu oblodzenia. I tak nie wybieraliśmy się wyżej, bez przygotowania, w trampkach i bez zezwolenia na wejście wydawanego przez zarząd parku narodowego w Santa Cruz.  Rudawo-żółte stoki wulkanu, a w oddali ocean miękkich chmur, cudowny kontrast z ostrością skał.

Wracaliśmy piękną szosą wśród lasów, przyklejoną do stoku góry i pełną zakrętów. Wjeżdżaliśmy w chmury, dzięki którym nagle każde drzewo i zakręt stawał się nową tajemnicą, wszystko nabierało magii. W niższych partiach – niespodzianka: tarasy uprawne, takie same jak w Peru! Góry pocięte jak tort weselny na piętra, no proszę, jednak Hiszpanie nie tacy całkiem głupi, czegoś potrafili się nauczyć od mądrych Inków, bo nie podejrzewam, że mogłoby być odwrotnie.  Ciekawą sprawą są też stoki wulkanu, te niżej położone (bo te wyżej to pokryte jedynie jakimiś bladymi skalniaczkami czy inną tropikalną kosodrzewiną) porośnięte z rzadka sosnami kanaryjskimi. Wyglądają jak pojedyncze włosy odrastające na łysej głowie, jasnozielone, luźno rozsadzone. Podobno szybko adaptują się do niesprzyjających warunków i w przeciągu paru lat może powstać całkiem przyzwoity zielnik, a potem las. No i widmo pustyni odchodzi w siną dal.



Wirowaliśmy z Rysiem na zakrętach, zatrzymywaliśmy się w punktach widokowych na pozowane zdjęcia, mnóstwo śmiechu i przegadanych na poważnie godzin. Dla mnie to coś nowego, zazwyczaj jestem skupiona na tym co widzę, kontempluję naturę, upajam się widokiem, ciszą i wiatrem, a teraz odbyło się zupełnie inaczej, przy rozmowie i uwadze rozłożonej na wiele innych elementów, między innymi na to, by nie wypaść z drogi w którąś z bezdennych przepaści (no nie były na pewno aż takie głębokie, ale w chmurach ciężko mierzy się dystanse). Inaczej, ciekawie. Nie lepiej czy gorzej. Bardzo zabawnie.

Dzień drugi. Dziś wybrałam się na moją pierwszą w życiu medytację. Był Maestro z kitką ubrany na biało, materace, kadzidło, muzyka relaksacyjna. Kojący przytłumiony głos guru, miękkie gesty, pokój i spokój. Trochę mi ta medytacja nie wyszła, zmarzł mi nos, bolał kręgosłup od leżenia na płaskim, a Rysio obok chrapał i chrumkał przez sen. Maestro podchodził do każdego, dotykał czoła i czubka głowy i przekazywał energię. Ja nic nie czułam. Ale cisza i taki kompletny bezruch przez godzinę potrafią działać naprawdę kojąco. Cały dzień był dla mnie swoistą medytacją i ta na materacach wieczorem była dla mnie jedynie wisienką na torcie. To nie jest wcale takie proste – zablokować cały świat zewnętrzny, wyłączyć hałas w sobie i skupić się na ciszy i oddechu. Potrenuję, spodobało mi się.

Rano wybrałam się na plażę koło domu, szaro-bury piasek wyglądał jak popiół z pieca, ciężko było znaleźć między kamieniami miejsce, żeby rozłożyć ręcznik, ale się udało. Wiatr uderzał falami o brzeg i gonił małe chmurki, które zasłaniając słońce sprawiały, że pokrywałam się cała gęsią skórką. No tak, luty i bikini mimo wszystko nie idą w parze. Ale dało radę. Słońce zaczęło grzać jak należy, przestało mną telepać i usnęłam ukołysana melodią oceanu. I spaliłam sobie plecy. Na obiad wybrałam się do Los Abrigos, bardzo sennej mieściny oddalonej 15 min piechotą od domu. Cichy port, malownicza skarpa, nad nią promenada i schodki wyryte w skałach. Spokojne, żółte słońce i ja na bardzo spowolnionych obrotach. Odbębniłam swój tradycyjny rytuał wysyłania kartek, pogapiłam się na złoto-srebrną taflę wody i spacerkiem wróciłam do La Marety. Coś pięknego. Bezkres oceanu z prawej, a otulone chmurami góry z lewej strony. Mogłabym tak iść bez końca. Ale że zaczęło wiać, a i droga krótka, to zakończyłam kontemplację w ciepłym mieszkanku Adeli i Rysia.




A teraz siedzę sobie w ciszy w tym mieszkanku, ciemno tu jak w stodole, a za lampkę do pisania i czytania służy mi globus. Przez większość czasu pisaninę oświetlała mi Polinezja Francuska, ale zdrętwiałam i przeniosłam się do mojej ukochanej Ameryki Południowej. Kroi mi się nowy pomysł, rośnie marzenie, a ten globus jest moją szklaną kulą, w której widzę moją przyszłą wyprawą z plecakiem i mapą w garści... Ale to pieśń dalekiej przyszłości. Na razie Teneryfa, mojo rojo, papaja i soczyste banany. Los Gigantes i śmiech z Rysiem. I czarna plaża z kojącym oceanem.

Ja lubię mieć plan A, jakikolwiek, byle był. I nie szkodzi, że z mojego pierwotnego zamysłu kompletnie nic nie zostaje, plan musi być. A tu plan A był tak słaby, że można by uznać, że nawet nie zaistniał. Miałam jechać na 2 dni do Santa Cruz, a pojechałam na 1 do Puerto de la Cruz. U Rysia miałam zostać do czwartku, a zostałam do niedzieli. Miał być host w Puerto, a nie ma. Miał być szczegółowy plan, a nawet nie powstał. Ale co dziwne, nie zestresowało mnie to wcale.

Dzień czwarty.
Wybraliśmy się do zobaczyć Los Gigantes, ogromne klify i wąwóz. Sprawa nie była taka prosta - najpierw dojechaliśmy do miasteczka, zostawiliśmy auto i wjechaliśmy taksówką do miejscowości Masca, wysoko w górach, super wąską drogą, z widokami zapierającymi dech w piersiach. Po kawie wyruszyliśmy w dół wąwozu, skacząc z kamienia na kamień, przeciskając się między głazami i przecinając strumienie. Za cztery godziny miała czekać na nas łódka, która miała zabrać nas z powrotem do miasteczka.

From the journal:

"Jestem super zmęczona, boli mnie wszystko, ale zachwyt nie opada. Ogromne ściany wąwozu, popękane głazy porośnięte bardzo zieloną roślinnością. Szum strumienia, gorące od słońca kamienie, po których ześlizgiwały mi się stopy i od których parzyły dłonie. Głośne bicie serca i skupione, skoncentrowane ruchy. Napięte mięśnie i bolące kolano. Za każdym razem, gdy podnosiłam głowę znad tzw ścieżki wyrywało mi się: ale ślicznie! Plus od wysokich ścian kręciło mi się w głowie. Wydawało się, że się nade mną zamykają, poruszają i falują z wiatrem i słońcem. Kiedy po 3,5h marszu zobaczyłam otwarte morze i kamienistą plażę, zmęczone kolana przestały drżeć i zachciało mi się krzyczeć i skakać z radości. Powstrzymałam się jednak, wąwóz poniósłby moje piski w górę i w dal, strasząc ciszę i kamienie.
A kiedy wsiedliśmy do łódki, pan majtek, mój opalony hiszpański anioł, wręczył mi zimne piwo. Czego jeszcze do szczęścia potrzeba? Nieziemski widok na Los Gigantes z dystansu, ogrom tych pionowych brzegów tonących w szafirowej wodzie, wiatr we włosach i piwo w ręku. Perfect."

Po zejściu tym cudownym wąwozem jeszcze przez 5 dni bolały mnie mięśnie. I to na tyle porządnie, że nie mogłam normalnie chodzić. Mimo to bez mrugnięcia okiem powtórzyłabym tę wyprawę.




Po ciszy natury w drodze powrotnej przejechaliśmy przez Los Christianos, gdzie przeraził mnie i rozśmieszył równocześnie turystyczny kicz i tandeta. Wszystko się błyska i dźwięczy, wszystko na sprzedaż i z przyklejonym uśmiechem. Nie, to nie dla mnie. Promenada nadmorskich gwiazd, pełen makeup i wyprężony tors. Na marginesie, jest tam jedyna na całej Teneryfie plaża z białym piaskiem... z importu. Turyści lubią miałki czysty piach, więc czemu by nie przywieźć go z Afryki...

Dzień szósty.
Z samego rana wybraliśmy się do Garachico, prześlicznego miasteczka na północy wyspy. Poszarpany ostrymi skałami brzeg, soczysta zieleń stoków i gajów bananowych i jaskrawo niebieska woda oceanu - przepięknie. Oślepiało mnie słońce, ale nie mogłam się napatrzyć. Garachico było kiedyś ważnym portem, ale w 1706 roku wybuchł wulkan i lawa zalała większą jego część, a na pewno tę najważniejszą. Lawa stworzyła przy brzegu naturalne baseny, wybudowano pomiędzy nimi pomosty, przy spokojnym wietrze można sobie po nich spacerować i korzystać z basenów. Tego dnia strasznie wiało, więc o bliższych spotkaniach nie było mowy. Pokręciliśmy się po starówce - malownicze senne uliczki, parczki, mnóstwo kwiatów tworzą bardzo przyjemny klimat, warto byłoby zatrzymać się tu na dłużej i odpocząć. Jednak my ruszyliśmy dalej - do Icod de los Vinos, by zobaczyć najstarsze drzewo El Drago Milenario, dracena smocza, które podobno ma mieć ok. 1000 lat. Drzewo rzeczywiście robi duże wrażenie, jest potężne, 22 metry wysokości, rozłożyste, z ostrymi liśćmi i pomarańczowymi kwiatami (owocami?). Wierzy się, że jest tak stare, jednak tak naprawdę trudno określić jego wiek - drzewa te nie mają słojów, dzięki którym określa się datę "narodzin" drzew. Nie wiem dlaczego, ale nie mogłam przestać na nie patrzyć, przyciągało mój wzrok, bolała mnie szyja od zadzierania głowy w górę. Nie chciało mi się go opuszczać. Ma w sobie coś tajemniczego, dostojnego, jakąś ukrytą potęgę i tajemnicę.






Po Icod ruszyliśmy na sam kraniec Teneryfy, do latarni Punta de Teno, do której wiodły mrożące krew w żyłach tunele wykute w skałach. Przez całą drogę z Rysiem rozmawialiśmy bez przerwy, jednak w momencie wjazdu do pierwszego tunelu słowa zamarły nam w ustach i wstrzymaliśmy oddech. I spociły mi się dłonie. Tunele były wąskie, głuche, jakby siekierą wyciosane w brzuchu góry, pełne strzelających spod kół kamyków. Atmosferę podkręciły tablice - w czterech językach - ostrzegające przed przejazdem:  uwaga, niebezpieczeństwo, wjeżdżasz na własne ryzyko, osuwające się kamienie. Świetnie. Przejechaliśmy, przeżyliśmy i po raz kolejny odjęło mi mowę. Skalisty cypel oblewany ze wszystkich stron ogromnymi falami oceanu, gwiżdżący wiatr, zachodzące słońce i biało-czerwona latarnia. Dla takiego widoku to bym chyba przeszła te wszystkie tunele nawet piechotą. Huk fal nie przeszkadzał mi zupełnie wsłuchać się w ciszę tego miejsca, patrzyłam zahipnotyzowana jak wiatr zbierał fale, unosił je i powoli łamał ozdabiając śnieżnobiałą pianą. Miałam wrażenie, że dzieje się to w zwolnionym tempie, a może gdzieś poza czasem. Uwielbiam latarnie morskie, zawsze wpędzają mnie w jakąś niezrozumiałą dla mnie melancholię. Ta również.




Ostatniego dnia wybrałam się do Guimar zobaczyć piramidy. Przy okazji odkryłam, że zwiedzanie Teneryfy bez samochodu jest okazją, by ćwiczyć własną cierpliwość, autobusy chodzą, jak chcą, nie wszędzie dojeżdżają plus tak rzadko, że traci się mnóstwo czasu na byle wycieczkę. Dojazd do miasteczka zajął mi trzy autobusy i cztery godziny, powrót podobnie, przy tym pogoda przypomniała sobie, ze to luty, a ja, rozpieszczona wcześniejszym słońcem, nie wzięłam ze sobą kurtki, a jedynie okulary słoneczne. Brawo.

Piramidy w Guimar to nie "byle wycieczka", może nie poraziły mnie swym pięknem, ale było ciekawie. Nikt nie wie, skąd się wzięły, kto, kiedy i po co je wybudował. Przypominają te z Meksyku wybudowane przez Azteków i Majów, są też ustawione w specjalny sposób ze względów astronomicznych - np podczas przesilenia letniego można tu zobaczyć dwa zachody słońca. A reszta to zagadka. Zwiedziłam również botaniczny ogród z trującymi roślinami, z którego wynikało, że prawie wszystko, co wokół nas, jest śmiercionośne. Migdałowce, cynamon, rycyna itp - źle się poczęstujesz i już, czeka cię bolesna śmierć. Po powrocie do domu miałam ochotę wyrzucić moje doniczkowe kwiatki, kto wie, jaki diabeł w nich się kryje...


A na deser, przed samym odlotem w niedzielę, zwiedziłam San Cristobal de la Laguna, którego starówka wpisana jest na listę UNESCO. Bardzo malownicze uliczki, płaskie, kolorowe fasady, zabytkowe kamienice z XVI wieku, skwery pełne zieleni, szkoda, że miałam jedynie dwie godziny. Była niedziela rano, mój ulubiony czas na zwiedzanie, wszędzie cisza i spokój, które zakłócała moja walizeczka radośnie podskakująca na lagunowym bruku. Jest to żywe miasto uniwersyteckie, fajnie byłoby tam postudiować i mieć świadomość, że z każdej strony otacza cię nieskończoność oceanu.



Spędziłam na Teneryfie osiem dni, odpoczęłam, zrelaksowałam się porządnie, uśmiałam do bólu brzucha i nabrałam trochę dystansu. Przemknęła mi nawet myśl, aby przeprowadzić się tam na jakiś czas, zwolnić, pobyć bliżej natury, nauczyć się oceanu. Zobaczymy. Wspaniale spędzało mi się czas z Rysiem, tyle śmiechu i przegadanych na poważnie godzin. Tyle kilometrów w jego małym samochodziku. Znamy się jak łyse konie, dzieliliśmy kiedyś mieszkanie, więc wiemy o sobie za dużo i mimo wszystko się lubimy.

Cudowne wakacje.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Portugalia - Braga i Barcelos

A więc powróciłam. Dość nieoczekiwanie, nawet jak dla samej siebie, ale z radością. Półtora roku temu spędziłam w Portugalii sześć dni, teraz z uśmiechem przypominam sobie dźwięki, obrazy, grę słońca na błękitnych kafelkach budynków. Inny rytm niż hiszpański, chyba bardziej mi odpowiada taki zwykły spokój, niż gorączkowe narwanie Hiszpanów. To były tylko trzy dni, ale spokojnie wystarczyło na porządny wypoczynek. Doleciałam do Porto, stamtąd złapałam bezpośredni autobus do Bragi, a na dworcu już czekał na mnie mój portugalski gospodarz, Luis. Słońce oślepiało, ale nie paliło, zieleń pagórków koiła oczy. Fajnie jest tu znowu być. Braga jest wypełniona dźwiękami kościelnych dzwonów, mówią o niej – rozmodlone miasto, na każdym kroku inna zabytkowa kapliczka, czy kościół, wszystko perły architektury. Bielą się mury, błyskają kafelki, niezliczone wieże strzelają w niebo na Bożą chwałę, pysznie zdobione na złoto, na barokowo, na bogato. Katedra trochę mnie zaskoczyła – nie miałam...

Asturies, c.d.

Oviedo Po poranku w Aviles zjawiłam się w Oviedo i zabrałam się za zwiedzanie. Do spotkania z moim gospodarzem miałam klika godzin co postanowiłam wykorzystać na maksa. Mój wewnętrzny kompas poprowadził mnie do centrum, które mnie kompletnie rozbroiło. Na każdym rogu, placyku, skwerku stoją pomniki, rzeźby, postacie-symbole. Przesympatycznie! Spotkałam rybaka, mleczarkę, wielki tyłek, no i oczywiście Woody'ego Allena. Z niecierpliwością rozglądałam się wokół by odkryć kolejne figurki, a było ich mnóstwo, serio.  No i w końcu tak się zmęczyłam, że po tych wszystkich pomnikach i obskoczeniu (bo nie można tego nazwać zwiedzaniem) wszystkich ważniejszych zakątków, oraz po baaardzo obfitej fabadzie (taka nasza fasolka po bretońsku - nie polecana w upało, o nie... ale przecież trzeba było spróbować lokalnej kuchni, nie?), ułożyłam się na zielonej trawce pod małym preromańskim kościółkiem i zasnęłam jak kamień na dwie godziny. Z odpoczynkiem wróciła mi siła do zwiedza...

Asturies, maj 2012

Aviles No to się zaczęło. Jestem w Asturies, wcześnie rano, miasto budzi się powoli do życia, słońce powoli wlewa w nie energię, a ja powoli się odprężam po całym tygodniu pracy. Puste, senne uliczki, czarujące i tak inne od szalonej Barcelony czy Madrytu pyszniącego się swoją królewskością. Z wybiciem 09.00 miasto jakby się ocknęło i ruszyło, wskazówki zegara pchnęły je do działania, a dzwony popędziły. A ja dalej w bezruchu, dalej senna, bez planu ale za to z całym wolnym czasem na poznawania Asturii. Kręciłam się po wąskich uliczkach Aviles, wypełniona jego małomiasteczkowym spokojem (mimo że to jedno z trzech największych miast Asturii), aż w końcu po drugiej stronie rzeki zaskoczył mnie kompleks biało-żółtych budynków w dość kosmiczynych kształtach. Międzynarodowe Centrum Kultury Oscara Niemeyera. Audytorium jak przekrojone jajo, wieża na chudej nóżce owinięta spiralą schodów i "przestrzeń otwarta dla ludzkości" - całość pasuje jak pięść do nosa, jeśli pop...