Przejdź do głównej zawartości

2014 - Wietnam, Ha Long Bay i Sapa

Stwierdziłam, że nie będę się wygłupiać i organizować wszystkiego sama, bo zwyczajnie nie mam na to czasu, więc poczytałam tylko z czym co się je i wybrałam do jednej z miliona turystycznych agencji w Hanoi i zarezerwowałam wszystko za jednym zamachem. A więc:
Z Hanoi wybrałam się na 2-dniową wycieczkę na Ha Long Bay, potem autobusem nocnym do Sapa, zostałam tam całe 2 dni i jedną noc, wróciłam nocnym pociągiem do Hanoi, resztkami sił i cierpliwości pokręciłam się po mieście, by wieczorem złapać nocny autobus do Hoi An, z 1-dniowym przystankiem w Hue. Pani w agencji pojawiły się dolarki w oczach,  kiedy jej opowiedziałam, co bym chciała u niej zakupić, potargowałam się umiarkowanie i miałam z głowy całą logistykę - przynajmniej teoretycznie, gdyż potem na miejscu wychodziły różne niespodzianki: a to dowieźli mnie nie do tego hotelu co trzeba, a to musiałam dopłacić za pociąg, bo inaczej spędziłabym 8 godzin na drewnianej desce, itp.

Pierwsza część: Ha Long Bay. 

Wyruszyliśmy z Hanoi o 8 rano, do wybrzeża dotarliśmy około południa. Szybka zmiana transportu i już odbijaliśmy od brzegu naszą łódeczką. Port był wypełniony po brzegi turystami, łodzie zostawiały w przystani i ładowały kolejne grupy, ruch panował nieziemski, każdy z przewodników nieustannie oglądał się i liczył, czy nikogo przypadkiem nie zgubił w tym rozgardiaszu, o co naprawdę trudno nie było. 

Gdy już wypłynęliśmy na szerszą wodę, emocje opadły tylko na chwilę, program wycieczki był bowiem napięty. Zaraz po obiedzie zacumowaliśmy przy jednej z wysepek, by podziwiać jaskinie, widoczki i 10 metrów plaży. Nie było jednak nam dane na tej plaży przysiąść, bo już ruszaliśmy ku kolejnej przygodzie: kajaki! Chcąc nie chcąc, dostałam wiosło i kamizelkę i w drogę. Kajaki były podwójne - ja mój dzieliłam z sympatyczną dziewczyną z Korei, która tak jak ja podróżowała pojedynczo. Poganiani przez pana przewodnika opuściliśmy kajaki po wyznaczonym czasie (kolejne łódki już czekały w kolejce), i w końcu wróciliśmy na nasz pokład, gdzie po kolacji czekała na nas kolejna atrakcja: łowienie ośmiornicy. Oczywiście nikt nic nigdy nie złowił, jest to jedynie trik, aby zająć czymś turystów. Ja zajęłam się piwem i rozmową z nowo poznanymi turystami, co było o wiele ciekawszym zajęciem. Ludzie z całego świata, każdy z inną historią i poglądem na życie - noc okazała się za krótka.

Rano obudził mnie deszcz i warkot silnika - ruszaliśmy dalej. Po śniadaniu odwiedziliśmy farmę pereł, poznałam cały proces powstawania tych drogocennych kuleczek i chyba przez to przestały mi się podobać - myślałam, że jest to bardziej romantyczne, dzikie. A to normalna hodowla, jak kurczaków czy pomidorów, tylko w trochę innych warunkach. Znów popędzani przez przewodnika wróciliśmy na łódkę i trzeba już było wracać do Hanoi. W międzyczasie przestało padać i widok znów powalił mnie na kolana, tych kolorów i kształtów po prostu nie da się opisać. Mam nadzieję, że jeśli kiedyś tam wrócę, to zostanę na dłużej i uda mi się ruszyć głębiej, z dala od typowego szlaku tej masowej turystyki. 

Z notatniczka:

"A więc jestem w Ha Long Bay, Zatoce Lądującego Smoka, jednym z siedmiu cudów świata natury. W zatoce razem z nami zacumowało ponad 30 innych wycieczkowych łódek, woda łagodnie kołysze, chlupie i odbija światła otaczających nas wycieczkowców. Na naszym jest 17 osób plus załoga. Kiedy zobaczyłam naszą łajbę po raz pierwszy, poczułam się rozczarowana, ale to chyba taki ogólny standard, Mam małą kabinę tylko dla siebie, jedzenia mnóstwo, towarzystwo dopisało. I staram się nie narzekać. A to trochę trudne, bo znów znalazłam się w tej turystycznej machinie: 40 minut kajakowania, 45 minut plaży, popatrz tu, podziwiaj tamto i ruszamy. Zjeżyło mnie to na początku bardzo, ale w końcu nie po to tu jestem i nie chce mi się tracić czasu na fochy.

Zatoka wygląda jak z filmów fantasy - brakuje tylko fruwających smoków. Okryte mgłą wysepki wynurzają się z morza, są ich setki, każda inna, tworzą fantastyczny labirynt, który chciałoby się zwiedzać na grzbiecie latającego potwora. 
Momentami przez gęstą warstwę chmur przedzierało się nieśmiałe słońce, wprawiając mnie w czysty zachwyt - głęboka zieleń porastająca skały, bura woda nabierała koloru morza, a niezliczone wysepki zakrywały horyzont. Bajka. Przy takim krajobrazie łatwiej nie denerwować się na niedogodności, tłumy czy inne pierdoły. Mam nadzieję zobaczyć wschód słońca.

7/11

Wschodu słońca nie było, za to było sporo deszczu i mgieł, wpływaliśmy z jednej chmury w drugą, woda lała sie ze wszystkich stron. Ale i tak było pięknie.







Wróciłam do Hanoi dosłownie na moment, wykąpałam się, przebrałam (mój kochany hostel - nie dość że pozwolił mi przechować bagaż bez dodatkowych opłat, to jeszcze mogłam skorzystać z prysznica i czystego ręcznika), zjadłam wiadro mojej ulubionej zupy pho w barze obok i ruszyłam w drogę, tym razem na północ, do Sapa.

Sapa znajduje się na północy kraju, są to odległe górskie tereny oddalone około 400 km od stolicy. Zdecydowałam się na nocny autobus, przez co nie dane mi było podziwiać krajobrazu, ale z drugiej strony pozwoliło zaoszczędzić jeden dzień. Dotarłam na miejsce w środku nocy, było ciemno i cicho i żadnej informacji, Z turystów byłam tylko ja i jakaś para, która natychmiast zniknęła, więc bezmyślnie podążyłam za grupą Wietnamczyków, którzy szli do swojego hotelu. Tam przycisnęłam recepcjonistę by się mną zajął i zadzwonił dokąd ja mam iść i po bardzo długim czasie znalazłam się we właściwym miejscu. Mój hotel był brzydki, zimny i nieprzyjazny. Bez snu, prysznica i kawy narastał mi nerw, ale na szczęście pojawili się inni zagubieni (bądź już odnalezieni) turyści i ruszyliśmy w trasę. 
Rejon Sapa zamieszkały jest przez wiele różnych mniejszości etnicznych, przechodząc przez liczne wioseczki mogłam podziwiać różnorodność strojów - praktycznie każda wieś wygląda inaczej, różni się też dialektem, czego niestety nie potrafiłam rozpoznać. Stroje są przepiękne, haftowane kolorowo, z fantazją, co na tle wszechobecnej biedy wygląda mega interesująco. A bieda patrzy z każdego kąta - rozlatujące się chatki, brudne dzieciaki biegające boso, wszędzie śmieci.


Jestem w Sapa, po bardzo długiej nocy spędzonej w sleeping busie (całkiem niezłym zresztą) oraz po niedługim acz intensywnym trekkingu po tarasach pól ryżowych i wioskach mniejszości etnicznych północnego Wietnamu. Marsz w błocie po kolana, w wynajętych kaloszach (1$ za dzień), a mimo to wypaprałam się jak nieboskie stworzenie. Na szczęście udało mi się nie zlecieć na tyłek w tę brązową lepką breję, droga była potwornie śliska i bez pomocy bym nie dała rady. A pomoc pochodziła z malutkiej, lecz zaskakująco silnej ręki So, przypisanej do mnie przewodniczki z jednej z wiosek, która pilnowała, żebym nie zleciała z tych stromych tarasów na zbity pysk. Po skończonym trekkingu na pożegnanie - w ramach podziękowania - kupiłam od niej śliczne poszewki na poduszki. Zdaję sobie sprawę, że słono przepłaciłam, ale była mi taka pomocna, plus widziałam, jak biednie żyje się w tych maciupkich wioseczkach. Ja od tego nie zbiednieję, 5 dolarów więcej nie zrobiło mi większej różnicy, a ona, zaraz po zakończonej transakcji, zmyła się do domu bądź innych obowiązków. I zostawiła mnie na pastwę innych - nie mogłam się odpędzić od tłumu napierających na mnie kobiet - no skoro kupiłam od tamtej, to przecież mogę kupić więcej. Masakra.







Na drugi dzień, już w drodze do Lao Cai, zajechaliśmy na targ w Bac Ha. Co tydzień kupcy z całej okolicy zjeżdżają na rynek by handlować swoimi wyrobami. Było tam absolutnie wszystko: stosy warzyw i owoców, których nie potrafiłam nazwać, zwierzęta do hodowli i na rzeź, pięknie zdobione materiały i bajecznie kolorowe nici do haftowania tradycyjnych wzorów i mnóstwo innych, potrzebnych w codziennym życiu przedmiotów. No i oczywiście - suweniry. Targ jest bardzo ciekawą atrakcją turystyczną, było więc nas wielu, jak zwykle mieszały się języki, narodowości i kolory skóry. "Zwykli" kupcy spoglądali na nas obojętnie, zajęci odmierzaniem ryżu, mięsa czy metrów barwnych wstążek, zaś sprzedawcy pamiątek patrzyli na ten międzynarodowy tłum głodnym wzokiem polującego lisa. Kto się zatrzyma, by obejrzeć miseczkę z tykwy lub szal, już nie odejdzie z pustymi rękoma. Trochę to męczące, ale przecież to ich praca, więc cierpliwie i z uśmiechem odmawiałam kolejnym naganiaczom zachwalającym swoje skarby. No dobrze, kupiłam torbę, ale to było zaplanowane, więc sama się nagoniłam pewnej zmęczonej kobiecie, która chodziła po bazarze z milionem toreb przewieszonych przez ramię, potargowałam się umiarkowanie i uciekłam stamtąd czym prędzej. Torba wspaniała.

Pora ruszyć na południe.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Portugalia - Braga i Barcelos

A więc powróciłam. Dość nieoczekiwanie, nawet jak dla samej siebie, ale z radością. Półtora roku temu spędziłam w Portugalii sześć dni, teraz z uśmiechem przypominam sobie dźwięki, obrazy, grę słońca na błękitnych kafelkach budynków. Inny rytm niż hiszpański, chyba bardziej mi odpowiada taki zwykły spokój, niż gorączkowe narwanie Hiszpanów. To były tylko trzy dni, ale spokojnie wystarczyło na porządny wypoczynek. Doleciałam do Porto, stamtąd złapałam bezpośredni autobus do Bragi, a na dworcu już czekał na mnie mój portugalski gospodarz, Luis. Słońce oślepiało, ale nie paliło, zieleń pagórków koiła oczy. Fajnie jest tu znowu być. Braga jest wypełniona dźwiękami kościelnych dzwonów, mówią o niej – rozmodlone miasto, na każdym kroku inna zabytkowa kapliczka, czy kościół, wszystko perły architektury. Bielą się mury, błyskają kafelki, niezliczone wieże strzelają w niebo na Bożą chwałę, pysznie zdobione na złoto, na barokowo, na bogato. Katedra trochę mnie zaskoczyła – nie miałam...

Looking back - Reus

Podeszła do mnie szefowa: "Musisz zdecydować się teraz - chcesz jechać do Reus czy nie?" Miałam pół minuty na decyzję. Oczywiście, że chciałam jechać. Więc pojechałam. Po trzech miesiącach od tej krótkiej rozmowy wysiadłam na lotnisku z prawie całym moim dobytkiem i gotowa na odkrywanie Hiszpanii. No.. Katalonii, jak się później okazało. Mieszkałam przy dworcu autobusowym, w nieciekawej dzielnicy z mnóstwem Arabów, ale za to tanio i blisko przystanku do pracy i na plażę. Bardzo dużo pracowałam, więc moje poznawanie miejsca i okolic zabrało mi trochę czasu. Plus bliskość Barcelony kusiła okropnie, więc tam uciekałam w każdej wolnej chwili. Ale mimo wszystko Reus był moim domem przez całe długie wakacje 2010. Notes from the journal: "Wróciłam tu po prawie roku. Przeszłam się uliczkami, centrum przywitało mnie sennym i leniwym gwarem małego miasta. Uśmiechnęło mnie, ale nie poruszyło sentymentu, żadna struna nie drgnęła. Mój Reus się skończył. To były dobre cztery miesią...

2014 Wietnam - Ho Chi Minh City

Wizyta w Sajgonie była intensywna. Po ciszy i spokoju Hoi An znów oszołomił mnie hałas silników i klaksonów oraz przydusił smród spalin. Doświadczenie z Hanoi przydało się przy przechodzeniu przez ulicę - nikt mnie nie przejechał, ale jednak to miasto jest kilka razy większe od stolicy i po prostu przytłacza. Nowoczesność miesza się z tradycją bardziej niż gdziekolwiek indziej: dotykające nieba biurowce z metalu i szkła otoczone są kramikami sprzedającymi lokalne potrawy, do szerokich obwodnic i autostrad oplatających miasto dochodzą maluteńkie, bardzo poplątane i wiecznie zapchane uliczki, pełne motorów, rowerów, wózków z jedzeniem, sprzedawców, turystów i wszystkiego innego, co tylko może zatarasować drogę, a kiedy tkwiłam w korku na mojej chyba stuletniej moto-taksówce minął mnie prawdziwy rolls royce! Aby to wszystko ogarnąć, wjechałam na sam szczyt Bitexco Financial Tower - no może nie na sam szczyt, ale do baru na 52. piętrze. Już przy wyjściu z windy trzeba zamówić drinka,...