Trzy godziny autobusem na
północny wschód od Chiang Mai, miłe miasteczko, pełne świątyń, rozwalonych
chodników i turystów w drodze do lub z Laosu. Zostałam dwie noce w takim sobie
guest housie, Baan Bua Homestay, bez rewelacji, z dość słabą obsługą, która
udawała, że umie mówić o angielsku, ale za to z fajnym towarzystwem – poznałam
Nicka, Szkota jadącego przez Tajlandię i Laos na rowerze w jakimś szczytnym,
charytatywnym celu. Spotkaliśmy się później znowu w Laosie i prawie jeszcze raz
w Bangkoku. Odwiedziłam całkiem udany, nocny bazar, z pysznym jedzeniem, gdzie również
odbywały się śpiewy i tańce, ku uciesze turystów. Popłakałam się ze śmiechu:
bardzo poważni, przejęci swoim zadaniem, ale absolutnie nieskoordynowani
chłopcy tańczący jako „chórek” do Lady Boy’s Show – ten lady boy wyglądał
lepiej niż większość kobiet… te nogi, włosy, biust! Bardzo piękne to było, w
swoim kiczu i brzydocie. Czułam, że jest to wszystko takie bardzo lokalne,
niekoniecznie robione pod turystów, widziałam, jak Tajowie też jedzą, bawią się
i śmieją, wymieszani z międzynarodowym tłumem.
Wybrałam się oczywiście na
wycieczkę po okolicy, chyba najlepsza, na jakiej byłam podczas całej tej wyprawy.
Niby mogłabym jechać bez zorganizowanej grupy, ale nie wszędzie da się
dojechać, a i nie zawsze wpuszczają pojedyncze osoby bez przewodnika.
Świetna wycieczka, bez pośpiechu,
nie tak bardzo napakowane turystami, pan kierowca bardzo cierpliwy, wszystko
spokojnie opisywał i tłumaczył i w ogóle nas nie popędzał - byliśmy w sumie
małą grupą, jedynie 6 osób. Niezależnie od siebie postanowiliśmy, że nie chcemy
jechać oglądać tradycyjnych wiosek i poprzebieranych w tradycyjne stroje
tubylców (ja nauczona doświadczeniem po wiosce Karen już świadomie wybieram
„atrakcje”). Pojechaliśmy za to oglądać małpy. Stałam chyba z 15 minut bez
ruchu gapiąc się zafascynowana tym, jak bardzo te małpy są podobne do nas, jak
potrafią się bawić, nudzić, nie lubić wybranych członków stada, jak gołym okiem
widać hierarchię w grupie. Momentami
wydawały się bardziej ludzkie niż niektórzy homo sapiens.
Zatrzymaliśmy się po drodze pośród
ryżowych pół. Zbiory dobiegały końca, ostatni żniwiarze w trójkątnych
kapeluszach i z sierpami wolno przesuwali się po polu, ostrożnie zbierając
plony. Zerwaliśmy kilka słomek, ziarna ryżu obsypywały się za każdym prawie
dotknięciem. Obiad w lokalnym barze przy drodze, wizyta na granicy z Birmą,
ruiny antycznego miasta w świetle zachodzącego słońca – wycieczka naprawdę
godna polecenia. A poza tym gwoździe programu:
White temple – Biała Świątynia, buddyjski
Disneyland, projektu artysty Chaloemchai Khositphiphata. Jeszcze to nie
wykończone (w budowie dopiero od 1998 roku), lśni w słońcu bielą i srebrem… ok,
to nie srebro, ale mozaika z kawałeczków luster, bardzo ozdobne i wymyślne,
trzeba przyznać, że robi wrażenie. Za to w środku… Na jednej ze ścian znajdował
się fresk, na którym pojawiły się wszystkie postacie popkultury – Michel
Jackson, Elvis, Spiderman, mistrz Jedi, Awatary, Neo z Matrixa, wszyscy tam
byli! A dlaczego? Nie mam pojęcia, nowoczesna wizja artysty, buddyzm łączy
wszystko? Interesujące miejsce, dowód na to, że buddyzm żyje i ma się dobrze.
Plus idzie z duchem czasów i trendów w sztuce.
Black house – miejsce bardzo
intrygujące. Wielki czarny dom, dzieło narodowego tajskiego artysty, Thawana Duchanee, zbudowany z ciemnego drewna,
otoczony małymi chatkami w przedziwnych kształtach – ni to domki, ni to
świątynie, wypełnione porożami, skórami zwierząt, kośćmi. Oparcia krzeseł jeżą
się rogami bawołów, za serwetę na kilkumetrowym stole służy skóra węża
(jednego!). Trochę to wszystko przerażające. Po wdzięku i spokoju Białej
Świątyni, ten Czarny Dom wygląda jak z koszmaru, wszędzie czai się czerń i
śmierć. Nie polecam komuś, kto jest wrażliwy na niedolę zwierząt, wszędzie
porozkładane są ich szczątki. Sztuka, której nie zrozumiem.
Golden triangle – Złoty Trójkąt.
Tu spotykają się granice 3 państw: Tajlandii, Laosu i Birmy. A za górą widać
już Chiny. Mekong wyznacza naturalną granicę, na drugim brzegu widać 2 kasyna –
w Tajlandii hazard jest nielegalny, a już w Laosie jak najbardziej. Za górą
znajduje się black factory, czarna fabryka, produkująca opium w ilościach
zatrważających. Złoty trójkąt słynie z produkcji narkotyków, opium ma tu nawet
swoje muzeum z pełną instrukcją co i jak się przyrządza. Nie, dziękuję, nie
skorzystam.
Następnego dnia pożegnałam się, z
niejakim uczuciem ulgi, z Tajlandią i ruszyłam w stronę granicy. Laos czekał na
drugim brzegu wielkiej rzeki Mekong.
Komentarze
Prześlij komentarz