Przejdź do głównej zawartości

Tajlandia 2013, Chiang Rai

Trzy godziny autobusem na północny wschód od Chiang Mai, miłe miasteczko, pełne świątyń, rozwalonych chodników i turystów w drodze do lub z Laosu. Zostałam dwie noce w takim sobie guest housie, Baan Bua Homestay, bez rewelacji, z dość słabą obsługą, która udawała, że umie mówić o angielsku, ale za to z fajnym towarzystwem – poznałam Nicka, Szkota jadącego przez Tajlandię i Laos na rowerze w jakimś szczytnym, charytatywnym celu. Spotkaliśmy się później znowu w Laosie i prawie jeszcze raz w Bangkoku. Odwiedziłam całkiem udany, nocny bazar, z pysznym jedzeniem, gdzie również odbywały się śpiewy i tańce, ku uciesze turystów. Popłakałam się ze śmiechu: bardzo poważni, przejęci swoim zadaniem, ale absolutnie nieskoordynowani chłopcy tańczący jako „chórek” do Lady Boy’s Show – ten lady boy wyglądał lepiej niż większość kobiet… te nogi, włosy, biust! Bardzo piękne to było, w swoim kiczu i brzydocie. Czułam, że jest to wszystko takie bardzo lokalne, niekoniecznie robione pod turystów, widziałam, jak Tajowie też jedzą, bawią się i śmieją, wymieszani z międzynarodowym tłumem.

Wybrałam się oczywiście na wycieczkę po okolicy, chyba najlepsza, na jakiej byłam podczas całej tej wyprawy. Niby mogłabym jechać bez zorganizowanej grupy, ale nie wszędzie da się dojechać, a i nie zawsze wpuszczają pojedyncze osoby bez przewodnika.

Świetna wycieczka, bez pośpiechu, nie tak bardzo napakowane turystami, pan kierowca bardzo cierpliwy, wszystko spokojnie opisywał i tłumaczył i w ogóle nas nie popędzał - byliśmy w sumie małą grupą, jedynie 6 osób. Niezależnie od siebie postanowiliśmy, że nie chcemy jechać oglądać tradycyjnych wiosek i poprzebieranych w tradycyjne stroje tubylców (ja nauczona doświadczeniem po wiosce Karen już świadomie wybieram „atrakcje”). Pojechaliśmy za to oglądać małpy. Stałam chyba z 15 minut bez ruchu gapiąc się zafascynowana tym, jak bardzo te małpy są podobne do nas, jak potrafią się bawić, nudzić, nie lubić wybranych członków stada, jak gołym okiem widać hierarchię w grupie.  Momentami wydawały się bardziej ludzkie niż niektórzy homo sapiens.

Zatrzymaliśmy się po drodze pośród ryżowych pół. Zbiory dobiegały końca, ostatni żniwiarze w trójkątnych kapeluszach i z sierpami wolno przesuwali się po polu, ostrożnie zbierając plony. Zerwaliśmy kilka słomek, ziarna ryżu obsypywały się za każdym prawie dotknięciem. Obiad w lokalnym barze przy drodze, wizyta na granicy z Birmą, ruiny antycznego miasta w świetle zachodzącego słońca – wycieczka naprawdę godna polecenia. A poza tym gwoździe programu:

White temple – Biała Świątynia, buddyjski Disneyland, projektu artysty Chaloemchai Khositphiphata. Jeszcze to nie wykończone (w budowie dopiero od 1998 roku), lśni w słońcu bielą i srebrem… ok, to nie srebro, ale mozaika z kawałeczków luster, bardzo ozdobne i wymyślne, trzeba przyznać, że robi wrażenie. Za to w środku… Na jednej ze ścian znajdował się fresk, na którym pojawiły się wszystkie postacie popkultury – Michel Jackson, Elvis, Spiderman, mistrz Jedi, Awatary, Neo z Matrixa, wszyscy tam byli! A dlaczego? Nie mam pojęcia, nowoczesna wizja artysty, buddyzm łączy wszystko? Interesujące miejsce, dowód na to, że buddyzm żyje i ma się dobrze. Plus idzie z duchem czasów i trendów w sztuce.

Black house – miejsce bardzo intrygujące. Wielki czarny dom, dzieło narodowego tajskiego artysty,  Thawana Duchanee, zbudowany z ciemnego drewna, otoczony małymi chatkami w przedziwnych kształtach – ni to domki, ni to świątynie, wypełnione porożami, skórami zwierząt, kośćmi. Oparcia krzeseł jeżą się rogami bawołów, za serwetę na kilkumetrowym stole służy skóra węża (jednego!). Trochę to wszystko przerażające. Po wdzięku i spokoju Białej Świątyni, ten Czarny Dom wygląda jak z koszmaru, wszędzie czai się czerń i śmierć. Nie polecam komuś, kto jest wrażliwy na niedolę zwierząt, wszędzie porozkładane są ich szczątki. Sztuka, której nie zrozumiem.

Golden triangle – Złoty Trójkąt. Tu spotykają się granice 3 państw: Tajlandii, Laosu i Birmy. A za górą widać już Chiny. Mekong wyznacza naturalną granicę, na drugim brzegu widać 2 kasyna – w Tajlandii hazard jest nielegalny, a już w Laosie jak najbardziej. Za górą znajduje się black factory, czarna fabryka, produkująca opium w ilościach zatrważających. Złoty trójkąt słynie z produkcji narkotyków, opium ma tu nawet swoje muzeum z pełną instrukcją co i jak się przyrządza. Nie, dziękuję, nie skorzystam.











Następnego dnia pożegnałam się, z niejakim uczuciem ulgi, z Tajlandią i ruszyłam w stronę granicy. Laos czekał na drugim brzegu wielkiej rzeki Mekong.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Asturies, c.d.

Oviedo Po poranku w Aviles zjawiłam się w Oviedo i zabrałam się za zwiedzanie. Do spotkania z moim gospodarzem miałam klika godzin co postanowiłam wykorzystać na maksa. Mój wewnętrzny kompas poprowadził mnie do centrum, które mnie kompletnie rozbroiło. Na każdym rogu, placyku, skwerku stoją pomniki, rzeźby, postacie-symbole. Przesympatycznie! Spotkałam rybaka, mleczarkę, wielki tyłek, no i oczywiście Woody'ego Allena. Z niecierpliwością rozglądałam się wokół by odkryć kolejne figurki, a było ich mnóstwo, serio.  No i w końcu tak się zmęczyłam, że po tych wszystkich pomnikach i obskoczeniu (bo nie można tego nazwać zwiedzaniem) wszystkich ważniejszych zakątków, oraz po baaardzo obfitej fabadzie (taka nasza fasolka po bretońsku - nie polecana w upało, o nie... ale przecież trzeba było spróbować lokalnej kuchni, nie?), ułożyłam się na zielonej trawce pod małym preromańskim kościółkiem i zasnęłam jak kamień na dwie godziny. Z odpoczynkiem wróciła mi siła do zwiedza...

Looking back - Santiago de Compostela

W Santiago de Compostela byłam jakoś pod koniec kwietnia 2011, tylko trzydniowa przerwa w monotonnym kieracie. Wszyscy przestrzegali - że zimno i że pada, że taka hiszpańska Irlandia. Było cudownie. I ani kropli deszczu. Przyjechałam tam bardzo wcześnie rano - przywitało mnie słońce i czyste niebo pomazane szlakami samolotów. Droga z lotniska nie dłużyła się ani trochę, krajobraz był zupełnie inny od południowego, który już zdążyłam jako tako poznać. Ciekawostką były dla mnie przydrożne spichlerze (horreos), wyglądające jak miniaturowe kapliczki, wysokie, murowane, bardzo urocze. Wysiadłam na Praza de Galicia i wkroczyłam w zaczarowany świat małych uliczek zabytkowego centrum miasta. Żadna z nich nie prowadziła tam, gdzie myślałam, kluczyłam, błądziłam, ale było to przyjemne, relaksujące. Zostawiłam rzeczy w hostelu (nota bene bardzo przeciętnym, ale za to w samym centrum centrum) i ruszyłam dalej. Za rogiem trafiłam na targ miejski - z prawdziwymi babami ze wsi, sprzed...

Portugalia - Braga i Barcelos

A więc powróciłam. Dość nieoczekiwanie, nawet jak dla samej siebie, ale z radością. Półtora roku temu spędziłam w Portugalii sześć dni, teraz z uśmiechem przypominam sobie dźwięki, obrazy, grę słońca na błękitnych kafelkach budynków. Inny rytm niż hiszpański, chyba bardziej mi odpowiada taki zwykły spokój, niż gorączkowe narwanie Hiszpanów. To były tylko trzy dni, ale spokojnie wystarczyło na porządny wypoczynek. Doleciałam do Porto, stamtąd złapałam bezpośredni autobus do Bragi, a na dworcu już czekał na mnie mój portugalski gospodarz, Luis. Słońce oślepiało, ale nie paliło, zieleń pagórków koiła oczy. Fajnie jest tu znowu być. Braga jest wypełniona dźwiękami kościelnych dzwonów, mówią o niej – rozmodlone miasto, na każdym kroku inna zabytkowa kapliczka, czy kościół, wszystko perły architektury. Bielą się mury, błyskają kafelki, niezliczone wieże strzelają w niebo na Bożą chwałę, pysznie zdobione na złoto, na barokowo, na bogato. Katedra trochę mnie zaskoczyła – nie miałam...