Przejdź do głównej zawartości

Tajlandia 2013, Chiang Mai

Autobus był średnio luksusowy (a miał być z tych lepszych), z przerwą na kolację gdzieś w szczerym polu, ale przynajmniej z kocykiem i poduszką. Zanim wyjechaliśmy z Bangkoku, przesiadaliśmy się chyba z pięć razy – z tuktuka do taksówki, z busa do większego busa, potem do jeszcze większego, zmieniały się dworce i osoby, które nami rozporządzały, bez słowa sprzeciwu ładowałam plecak na ramiona i ruszałam w stronę nowego środka transportu. Ale jakoś poszło i pojechaliśmy.

Dotarłam do Chiang Mai bladym świtem, wszystko uśpione, ciche, słońce wschodziło powoli budząc do życia najpierw mnichów, którzy wychodzili zbierać jałmużnę, potem pracowników kawiarni, którzy podlewali kawą pierwszych – jak ja – turystów, a potem całą resztę, która wsiadając na warczące motorki ruszała do pracy bądź w innych, sobie znanych jedynie, kierunkach.

Moje ślepe podróżnicze szczęście sprawiło, że wylądowałam w Chiang Mai dokładnie w trakcie trwania święta na pożegnanie pory deszczowej. Wielka fiesta, trzy dni różnych parad i obrzędów. Do tego zbiegło się to z pełnią księżyca, co dodatkowo podniosło stopień uroczystości.

Zatrzymałam się w hostelu Compass Backpacker, całkiem niezły, w samym centrum starej części miasta. Był pełny singlowych podróżniczek, takich jak ja, więc jednego dnia postanowiłyśmy połączyć siły i wybrać się razem oglądać i wypuszczać latarnie.

Święto trwało 3 dni, ja załapałam się na dwa, a w zasadzie półtora, bo potem spadł ulewny deszcz i wszystko popsuł. W zasadzie to dwa święta razem: Loi Krathong i Yi Peng.  To pierwsze tłumaczy się mniej więcej jako „płynący stroik”, „płynąca korona” – ludzie przygotowują piękne dekoracje z kwiatów, liści bananowych i ciasta chlebowego i puszczają je na wodę, z nurtem rzeki, coś jak nasze wianki. Wtykają w nie kadzidełka i świeczkę, pięknie to wygląda nocą na wodzie. Z nurtem rzeki odpływa ludzka złość, nerwy, cała negatywność. Jest to również dziękczynienie dla bogini wody, Phra Mae Khongkha.Dlatego część dekoracji zrobiona jest z chleba – żeby rybki też skorzystały.  Yi Peng z kolei to święto lampionów – setki, tysiące latarni wypuszczane są w niebo. Są ogromne, a przy tym lekkie, podpalone łuczywo wręcz wypycha je do góry. Co one oznaczają – tak naprawdę to nie wiem. Ale wypuściłam swój. Czekałam z niecierpliwością, aż się odpowiednio rozgrzeje, czułam, że trzymam w dłoniach ogień, czułam, jak mi się wyrywa…Wstrzymywałam oddech, serce biło mi szybciej… i poleciał. Nie wiedzieć czemu, ale był to dla mnie wzruszający i ważny moment, mimo że wcześniej pomagałam moim hostelowym koleżankom rozpalić ich lampiony.  Trzymałam go przez moment nad głową, nawet nie chodziło o zdjęcie, kiedy z podmuchem wiatru wysunął mi się z dłoni i poszybował z niebo w towarzystwie setek innych lampionów.

Dzień później miałam w planach wypuścić na rzekę mój własny Krathong, wybrałam się z koleżanką z Holandii, by najpierw obejrzeć paradę – uwielbiam parady! Ogromne platformy, tancerze, kostiumy, orkiestry! – a później zejść na brzeg z kwietnym stroikiem i świeczką. Niestety, w połowie parady lunął deszcz. Ale nie był to jakiś tam deszczyk, tylko porządna, intensywna ulewa, ściana wody, która przemieniła ulice w potoki, platformy z tancerzami w amfibie, a nas, widzów, w zmokłe kury stłoczone pod jakimkolwiek daszkiem. Dowiedziałam się, że taki deszcz o tej porze normalnie się nie pojawia, pora deszczowa pożegnana już jest na dobre; było to echo tajfunu, który dwa tygodnie wcześniej przeszedł nad Filipinami, potem w słabszej już wersji powędrował przez Wietnam w stronę Laosu i tam już zdechł. Nam, w Chiang Mai na północy Tajlandii, trafił się taki jakby tajfunowy bączek – a i tak zaskoczył siłą. Za nic w świecie nie chciałabym się spotkać z jego pełną wersją.

A propos parady: zanim się rozpadało, stałam zachwycona z opadniętą szczęką – to było piękne, tak inne i egzotyczne. Każda Tajka wyglądała jak Miss Azji, żadna nie była chociażby przeciętna – wszystkie prześliczne, w przepysznych strojach i uśmiechem, który wyglądał bardzo naturalnie. W końcu to Kraj Uśmiechu, nie? Tajowie, z odkrytymi torsami, szczupli lecz umięśnieni, ze śniadą skórą i spokojnym dyskretnym uśmiechem… Ech… Mówiłam już, że uwielbiam parady?






 Żałuję, że nie było mnie tam te trzy pełne dni obchodów, ale przynajmniej będzie po co wracać. Samo Chiang Mai jest czarujące, niewielkie, ma spokojną, zrelaksowaną atmosferę, mnóstwo świetnych kawiarni i barów, pełnych ludzi z całego świata, wyglądających na bardziej podróżników niż turystów. Nie chciało mi się za bardzo stamtąd ruszać, mam nadzieję kiedyś znów się tam pojawić.

No i oczywiście wybrałam się na wycieczkę…

Wycieczka taka sobie, ale tak naprawdę nie wiem, czy są dobre i złe wycieczki. Wszystkie lokalne agencje oferują mniej więcej to samo, w mniej więcej podobnej cenie, więc jedyne co się zmienia to współwycieczkowicze, pan przewodnik i nocleg. Oczywiście, można wydać więcej, dojechać lepszym samochodem, mieć mniejszą grupę i przewodnika, który się tobą przejmie, ale dla bezwolnej masy,  w której ja się znalazłam, wszystko jest zaserwowane tak samo.

U mnie miała być grupa maksymalnie 12-osobowa, w rezultacie było nas 22 osoby. W większości Francuzi, najbardziej „przyjazny” naród na świecie. Poza tym Słoweńcy, Maltańczycy, Belgowie i Hiszpanie, którzy nie mówili słowa po angielsku i przez pierwszy dzień zastanawiali się, jakim sposobem wylądowali w środku tropikalnego lasu w drodze do jakiejś małej, zapyziałej wioski. Robiłam im za tłumacza, bo rozchorowało im się dziecko i na migi nie mogli się dogadać z przewodnikiem.  W planie był trekking do wioski, nocleg w bambusowej chacie, a na drugi dzień white water rafting, również spływ bambusową tratwą, wizyta w wiosce Karen, przejazd na słoniu, opcjonalnie kąpiel ze słoniem, zjazd na linie i kąpiel w wodospadzie. Brzmi ciekawie, prawda? Cóż, nie było to za fajne – ciągle popędzani przez przewodnika z miejsca na miejsce, bo już inne wycieczki depczą nam po piętach, pół minuty na zdjęcie i dalej w drogę. Dotarło wtedy do mnie, jaka to potężna biznesowa machina, jakie oni muszą na tym zarabiać ciężkie pieniądze – nie przewodnicy czy opiekunowie słoni, ale właściciele ośrodków, agencji itp. W Elephant Campie widziałam, jak tuż po nas podjeżdżają piętrowe autokary pełne Chińczyków i Rosjan, ustawiali się do grupowych, 50-osobowych zdjęć, a potem w kolejki do słoni, sklepu, obiadu czy cokolwiek było w danym momencie w planie. Turystyczny McDonald ’s, szybko, tanio, jednakowo dla wszystkich. Lesson learnt – od tamtej pory wybierałam moje wycieczki uważniej.

Obrazeczki z wycieczki (nie będzie o wszystkim, bo nie wszystko warte było zapamiętania):
Trekking na słoniu – W miejscu, które nazywa się Elephant Camp, setki ludzi wsiada i zsiada z tych biednych słoni po to, by spędzić na ich grzbiecie około pół godziny maszerując przez błoto, w dół rzeki i z powrotem do obozu. No i strzelić sobie pamiątkowe zdjęcie. Pomaszerowałam i ja. Jako że podróżowałam sama, to i słonia dostałam pojedynczego, małego, z ławeczką na grzbiecie. Zeszliśmy do rzeki, słoń spragniony, wypił kilka hektolitrów brudnej wody i już rzecznym korytem poczłapał z powrotem do wioski. Plątał mu się pod nogami mały słonik – nurt rzeki przewracał go, fale przykrywały, tak że czasami wystawała mu spod wody jedynie trąba. Ale dzielnie dawał sobie radę. Zwierzęta wyglądały na zmęczone, mimo że było rano – może wiedzą co je czeka, patrząc na rzędy parkujących autokarów. Niektóre słonie mają poranione uszy – jeśli nie słuchają poleceń to poganiacz drapie je za uchem takim metalowym harpunem, czasem do skutku, do krwi. Jest też widownia i arena, na której odbywają się rozmaite pokazy ze słoniątkiem w roli głównej. Krzykliwy konferansjer rzuca dowcip za dowcipem, słonik tańczy czy wykonuje inne polecenia, a widzowie pokładają się ze śmiechu. Chciałam stamtąd uciekać.

Wioska Karen – long neck. Jedno z najbardziej przygnębiających miejsc, jakie w życiu widziałam. Wiedziałam, że nie chciałam tam iść, ale popędzana przez pana przewodnika podążyłam we wskazanym kierunku jak ta głupia owca za stadem. W wiosce w małych bambusowych chatkach, otoczone ręcznie robionymi szalami i innymi gadżetami dla turystów siedzą kobiety o długich szyjach. Każda pięknie umalowana, z przyklejonym uśmiechem i pozłacanymi pierścieniami na szyi. Im kobieta starsza, tym pierścieni więcej, rozciągają szyję coraz bardziej. Siedzą bądź stoją wyprostowane, gdy chcą spojrzeć w bok, muszą obracać całe ciało. Patrzą pusto w obiektywy aparatów skierowanych w ich stronę, powtarzając do znudzenia: please, buy! Proszę, kup! Zobaczyłam małą dziewczynkę, miała może pięć, sześć lat, też zakutą w tę metalową obrożę. Była śliczna. I już na wieki wieków skazana na życie w tym ludzkim cyrku. Nie mogą pozbyć się tych pierścieni, bo szyja, nie przyzwyczajona do wysiłku, złamie się pod ciężarem głowy. Poza tym to nie są nawet Tajki, pochodzą z Birmy i nawet nie mają wizy czy pozwolenia na pobyt. Więc siedzą całymi dniami w tych swoich bambusowych więzieniach, czekając aż ktoś coś kupi. Współczesne niewolnictwo jak w pysk strzelił.

Spływ pontonem w dół rzeki – ale przeżycie! W końcu coś, co mnie ucieszyło i miało znamiona dobrej zabawy. Co prawda, rzeka dość spokojna, ale było kilka kamieni, wirów i miniaturowych kaskad. Trzymałam kurczowo wiosło i poprawiałam co chwilę kask, który zjeżdżał mi na oczy, co chwilę zalewała mnie jakaś fala, więc wyszłam z rzeki kompletnie przemoczona, ale z ogromnym uśmiechem na ustach. I tym optymistycznym akcentem zakończyliśmy naszą wycieczkę, pora było wracać do Chiang Mai.

No dobra, jedyne do czego absolutnie nie mogę się przyczepić to natura. Piękna przyroda, pełna zieleń, wilgotno tak, że każdy oddech wydawał się łykiem wody. Podziwiałam fantastyczne rośliny, które rodzą jeszcze dziwniejsze owoce, chciałam zerwać i spróbować, ale kogo spytać na tym pustkowiu czy można, co to i jak się je? Poza tym trzeba było iść, bo słońce coraz niżej, a do wioski daleko. Żałuję, że nie wybrałam się na trekking z prawdziwego zdarzenia, kilka godzin z plecakiem po odludziu, z każdym krokiem bliżej sedna przyrody, jej dzikość na wyciągnięcie ręki. Może następnym razem, może wtedy nie będę już tak niechętnie nastawiona do wszystkiego.

Po wycieczce zostałam jeszcze w Chiang Mai jeden dzień, pokręciłam się po uliczkach, nawet udało mi się zgubić, wieczorem zjadłam pyszne spring rolls (do tej pory pamiętam jakie przesmaczne były) i pad thai w znajomej knajpce i rano wyruszyłam w drogę. Chiang Rai, ostatni przystanek przed Laosem.









Notes from the journal:

„Sama nie wiem. Niby wszystko jak trzeba, ale jakoś nie mogę się wgryźć. Będzie mi się chciało zostać w jednym miejscu dłużej. Celuję w Laos. Zobaczymy, czy w ogóle dojadę do Kambodży. Już mi rośnie w głowie skrót, ominąć wszystko, rozpakować się i napawać spokojem Azji, płynącej rzeki i życia ludzi, którzy nigdy nie opuszczali swojego miejsca i mimo to potrafią być szczęśliwi. Potrzebuję poznać ludzi stąd i to nie takich, którzy mi coś sprzedają, obsługują itp. Nie, takich, którzy chcą się podzielić i opowiedzieć o tym, jacy są. Celuję w Laos.
Jadąc dziś tuktukiem na dworzec dotarło do mnie, jak bardzo jestem szczęśliwa, normalnie zachciało mi się płakać. Ze smutkiem opuszczam Chiang Mai, mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy – tu w końcu poczułam się jak w Tajlandii.
A więc jechałam tym tuktukiem, pan kierowca wyprzedzał na trzeciego i był wyprzedzany na czwartego, wszystko odbywało się płynnie, bez jednego klaksonu. Teraz siedzę na dworcu, otoczona uśmiechami Tajów, którzy są chętni do pomocy nawet jeśli o nią nie proszę.”


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Portugalia - Braga i Barcelos

A więc powróciłam. Dość nieoczekiwanie, nawet jak dla samej siebie, ale z radością. Półtora roku temu spędziłam w Portugalii sześć dni, teraz z uśmiechem przypominam sobie dźwięki, obrazy, grę słońca na błękitnych kafelkach budynków. Inny rytm niż hiszpański, chyba bardziej mi odpowiada taki zwykły spokój, niż gorączkowe narwanie Hiszpanów. To były tylko trzy dni, ale spokojnie wystarczyło na porządny wypoczynek. Doleciałam do Porto, stamtąd złapałam bezpośredni autobus do Bragi, a na dworcu już czekał na mnie mój portugalski gospodarz, Luis. Słońce oślepiało, ale nie paliło, zieleń pagórków koiła oczy. Fajnie jest tu znowu być. Braga jest wypełniona dźwiękami kościelnych dzwonów, mówią o niej – rozmodlone miasto, na każdym kroku inna zabytkowa kapliczka, czy kościół, wszystko perły architektury. Bielą się mury, błyskają kafelki, niezliczone wieże strzelają w niebo na Bożą chwałę, pysznie zdobione na złoto, na barokowo, na bogato. Katedra trochę mnie zaskoczyła – nie miałam...

Looking back - Reus

Podeszła do mnie szefowa: "Musisz zdecydować się teraz - chcesz jechać do Reus czy nie?" Miałam pół minuty na decyzję. Oczywiście, że chciałam jechać. Więc pojechałam. Po trzech miesiącach od tej krótkiej rozmowy wysiadłam na lotnisku z prawie całym moim dobytkiem i gotowa na odkrywanie Hiszpanii. No.. Katalonii, jak się później okazało. Mieszkałam przy dworcu autobusowym, w nieciekawej dzielnicy z mnóstwem Arabów, ale za to tanio i blisko przystanku do pracy i na plażę. Bardzo dużo pracowałam, więc moje poznawanie miejsca i okolic zabrało mi trochę czasu. Plus bliskość Barcelony kusiła okropnie, więc tam uciekałam w każdej wolnej chwili. Ale mimo wszystko Reus był moim domem przez całe długie wakacje 2010. Notes from the journal: "Wróciłam tu po prawie roku. Przeszłam się uliczkami, centrum przywitało mnie sennym i leniwym gwarem małego miasta. Uśmiechnęło mnie, ale nie poruszyło sentymentu, żadna struna nie drgnęła. Mój Reus się skończył. To były dobre cztery miesią...

2014 Wietnam - Ho Chi Minh City

Wizyta w Sajgonie była intensywna. Po ciszy i spokoju Hoi An znów oszołomił mnie hałas silników i klaksonów oraz przydusił smród spalin. Doświadczenie z Hanoi przydało się przy przechodzeniu przez ulicę - nikt mnie nie przejechał, ale jednak to miasto jest kilka razy większe od stolicy i po prostu przytłacza. Nowoczesność miesza się z tradycją bardziej niż gdziekolwiek indziej: dotykające nieba biurowce z metalu i szkła otoczone są kramikami sprzedającymi lokalne potrawy, do szerokich obwodnic i autostrad oplatających miasto dochodzą maluteńkie, bardzo poplątane i wiecznie zapchane uliczki, pełne motorów, rowerów, wózków z jedzeniem, sprzedawców, turystów i wszystkiego innego, co tylko może zatarasować drogę, a kiedy tkwiłam w korku na mojej chyba stuletniej moto-taksówce minął mnie prawdziwy rolls royce! Aby to wszystko ogarnąć, wjechałam na sam szczyt Bitexco Financial Tower - no może nie na sam szczyt, ale do baru na 52. piętrze. Już przy wyjściu z windy trzeba zamówić drinka,...