Przejdź do głównej zawartości

Wietnam 2014 - Hanoi

To były ciekawe wakacje, zdecydowanie za krótkie -  nie to, że tak bardzo kocham Azję i chciałabym tam siedzieć nie wiadomo ile, ale po prostu 2 tygodnie to nic w porównaniu z czasem, który mogłabym tam spędzić odkrywając coraz to nowe miejsca i schodząc z udeptanego przez miliony turystów szlaku. Trochę śmiać mi się chce z samej siebie, jak zaczynałam planować tę podróż: zostanę trochę w Kuala Lumpur, potem polecę do Wietnamu, zobaczę wszystko i  z południa udam się do Kambodży zobaczyć w końcu Angkor Wat. Haha. KL wyszło przejazdem, o Kambodży można było od razu zapomnieć, a liczba miejsc w Wietnamie, do których nie zdążyłam dotrzeć bądź poznać wystarczająco, jest poważnie frustrująca. No cóż, następną podróż przemyślę bardziej.

Wyleciałam z Barcelony z 10-kilogramowym plecakiem (po podróży doszłam do wniosku, że kilka rzeczy było zbędne, lekcja na przyszłość), w kierunku: Dubaj. Ogromne lotnisko, pełne ludzi z całego świata. Kiedy spojrzałam na tablicę odlotów, z zawstydzeniem odkryłam, że nie rozpoznaję nazw około połowy kierunków – świat znów wydał się wielki. Kolejne 7 godzin na trasie Dubaj – KL minęły szybko, przy dobrym winie i filmach. I tak oto znalazłam się na drugim końcu świata. Pokręciłam się po mieście (o Kuala Lumpur innym razem - wspomnę tylko, że zrobiło na mnie wrażenie), przeczekałam na lotnisku do 6 rano i złapałam lot do Hanoi. I tu tak naprawdę zaczęła się moja podróż.

Po załatwieniu formalności wizowych,  busik z lotniska zawiózł mnie do centrum miasta, skąd już na piechotę trafiłam do hostelu, Little Hanoi Hostel 1, spokojnie godne polecenia miejsce w starej części miasta. Zanim jednak tam doszłam, przeżyłam pierwsze bliskie spotkanie z wietnamską ulicą – chaos, jaki tam panuje, jest absolutnie nie do ogarnięcia, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Motory wszędzie, ich ilość i rodzaje są niezliczone, poruszają się we wszystkich kierunkach, po wszystkich pasach,  w poprzek i pod prąd, przewożąc co tylko jest do przewiezienia, nie tylko ludzi. A ludzi na jeden motor zmieści się sztuk pięć, sama widziałam – piątą osobą był malutki dzieciaczek, który wisiał na plecach swojej mamy, daleko poza motorem. Oprócz motorów oczywiście samochody, autobusy, ciężarówki, i również obładowane wszystkim rowery.

Pierwsze wrażenie jest piorunujące, przejście przez ulice to doświadczenie mrożące krew w żyłach… ale po chwili człowiek się przyzwyczaja i wczuwa w ten uliczny rytm. Pierwsza i generalna zasada: nie cofaj się! Miejsce za tobą jest już prawdopodobnie zajęte przez kilka różnych pojazdów. Po drugie – nie panikuj, jak już wejdziesz na ulicę, po prostu spokojnie idź, kierowcy sobie poradzą, a ty bez problemu wylądujesz na drugim brzegu tej motorowej rzeki. Kierowcy nie patrzą na ciebie, patrzą na centymetry kwadratowe wolnej przestrzeni za tobą, gdzie mogą wcisnąć kawałek swojego pojazdu. Jeśli nie chcesz przejść na drugą stronę, a jedynie iść chodnikiem, to zasady są takie same. OK, podobne, bo po pierwsze chodnik nie istnieje w praktyce – kompletnie zastawiony motorami, a jakże, oraz przenośnymi sklepami i barami, wokół których ludzie siedzą na miniaturowych plastikowych krzesełkach i wcinają z misek przysmaki ulicznej kuchni. Po drugie, skoro już idziesz ulicą, jesteś włączony w strumień pojazdów, więc nie cofaj się, nie wykonuj gwałtownych ruchów itp. Wietnamscy kierowcy nie śpieszą się, ale również nie czekają, ruch jest nieszybki, lecz bezustanny, wszystko płynie, jakakolwiek przeszkoda jest natychmiast opływana, bez nerwów ale i bez przerwy. No i oczywiście przy ciągłym dźwięku klaksonów. Trąbią bez przerwy, czy trzeba czy nie trzeba, może działa to na zasadzie świateł mijania – jest się przez nie widzialnym na drodze, a przez klakson słyszalnym. Relaksujący spacer po centrum Hanoi nie wchodzi w grę, po godzinie ma się spuchnięte uszy, ból głowy i mdli od spalin. Większość motorowców zakłada na usta i nos maseczki, by się od nich chronić. Ja maseczki nie miałam,  przez co czułam w ustach lekko metaliczny brudny smak ołowianego powietrza.

Raz chciałam przechytrzyć ten okropny uliczny zgiełk, więc zamknęłam się w klimatyzowanej taksówce, poprosiłam, by kierowca włączył taksometr i ruszyłam na dalszą część zwiedzania. Ku mojemu zaskoczeniu, taksówka ruszyła w zupełnie przeciwnym kierunku,  co mnie trochę zdenerwowało, bo już orientowałam się w topografii miasta. Co się okazało: większość ulic w starym centrum jest jednokierunkowa dla SAMOCHODÓW, motory mogą wszędzie i jak chcą, więc jechałam wściekła przez jakieś odległe dzielnice, taksometr tykał jak bomba zegarowa, aż w końcu nie wytrzymałam, zapłaciłam, co pokazywało - a było to sporo nawet ja na moje europejskie warunki, i uciekłam zwiedzać na piechotę. Nigdy więcej taksówek. Oczywiście złamałam się na rzecz moto-taxi, po solennych zapewnieniach kierowcy i poznanych Wietnamczyków, że nie zginę śmiercią tragiczną na pierwszym skrzyżowaniu. Z moto-taxi trzeba jedynie pamiętać o 3 rzeczach: czy mają kask (zazwyczaj mają), czy wiedzą, gdzie jest adres pod który się chcemy udać (czasem nie wiedzą, ale i tak chcą cię tam zawieźć), oraz ustalić cenę. Nie cierpię się targować, męczy mnie to i upokarza, ale trzeba i koniec. Parę razy złapałam takie motorowe taksówki i nie było źle – na pewno dużo taniej i szybciej niż samochodem, poza tym w ten sposób czułam, że jestem właśnie tam, w Wietnamie, włączam się w jego unikalny rytm.








Hanoi ma mnóstwo ciekawostek do odwiedzenia, spróbowania i zobaczenia; jako że piszę to z prawie rocznym opóźnieniem oto, co mi zostało najbardziej w pamięci:

- Temple of Literature - najstarszy uniwersytet Wietnamu, z XIX wieku. Nie wiem, co tam się wtedy działo, ale sądząc po tłumach studentów w odświętnych strojach strzelających miliony zdjęć, wyglądało to na zakończenie roku akademickiego. Prześliczne dziewczyny, raczej komiczni chłopcy zastygający co chwila w najróżniejszych pozycjach do idealnych ujęć. Ciężko było poruszać się między nimi, ale z drugiej strony mogłam się poprzyglądać do woli kwieciu wietnamskiej młodzieży w jego najlepszej odsłonie.

- One Pillar Pagoda - pojawia się chyba na każdej pocztówce ze stolicy. Spodziewałam się wizytówki miasta, a tymczasem wyglądało to jak domek na kurzej łapce pośrodku brudnej kałuży. Wkoło mnóstwo śmieci, jakaś budowa, suche krzaki, stoiska z pamiątkami, Wśród tego wszystkiego ludzie siedzą i jedzą, a jakże, z przenośnych garkuchni, a tłumy turystów pchają się niemiłosiernie, co rusz potykając o nierówny chodnik.

- Mauzoleum Ho Chi Minha - monumentalny szary gmach z ciałem Wujka Ho w środku wyrasta z zielonego parku i otwartej parkowej przestrzeni. W bałaganie tego miasta wygląda raczej groteskowo niż dostojnie, bardzo nie pasuje do chaosu otaczających go ulic. Widać go z daleka, góruje nad całą okolicą, wokół niego mnóstwo straży, jakby komuś zachciało się zamierzyć na jego godność i powagę. I właśnie się dowiedziałam, że ów budynek w rankingu na najbrzydsze budowle świata zajął godne szóste miejsce. Patrząc na niego aż strach wyobrazić sobie finałową piątkę...

Z notatniczka:

(brak chronologii niezamierzony, ale w notatniczku też pisałam w natchnieniu i co mi pod długopis podeszło)

"...No i znów mam to uczucie - nie wiem, czy mi się podoba. Znów czuję, że to absolutnie nie moja kultura i mój świat. Ten ruch uliczny przyprawia mnie o zawrót głowy, mdli od spalin, a uszy puchną od hałasu, nieprzerwanego ryku klaksonów.

Poszłam na targ Dong Xuan - nie potrafiłam nazwać nawet połowy warzyw i owoców, które sprzedawały malutkie kobiety w trójkątnych kapeluszach. Spoglądały na mnie obojętnie, więc nie pytałam o nazwy. Siedzę teraz w parku Lenina, gdzie na tle pomnika Władimira Iljicza trwa ślubna sesja fotograficzna. Plus chłopcy na deskach. Rewelacja.

No. Mam nadzieję, że wszytko się ładnie uda. Jutro wyruszam oglądać jeden z cudów świata, mam nadzieję, że zobaczę coś we mgle... Właśnie przypomniał mi się inny cud, którego nie było mi dane zobaczyć - Kanion Colca, przez głupią mgłę właśnie.

Dziś było intensywnie, ciekawie. Mrożąca krew w żyłach przygoda - jazda moto-taxi, spróbowałam ostrygi (i chyba mi po niej niedobrze), zjadłam pysznego smażonego banana na ulicy. Spotkałam się z koleżanką która poznałam dokładnie rok temu w Tajlandii, zrobiłam parę fajnych zakupów... Czyli całkiem nieźle. Powoli łapię wakacyjny rytm, zaczynam oddychać pełną piersią (metaforycznie), ale dalej nie czuję związku z tą kulturą czy tradycją. Szukajcie a znajdziecie...? Nie mam jednak tej wakacyjnej spinki co w tamtym roku, że wszystko MUSI mi się podobać, tym razem patrzę i chłonę, bez specjalnego oceniania. Budzi się we mnie ciekawość, chęć próbowania. Tego też chcę się nauczyć..."

"Jednak stwierdzam, że jest tu strasznie fajnie. Kawałek od wydeptanych przez turystów ścieżek, trochę wcześniej i spokojniej - i już jest strasznie fajnie.

Przyjechałam nocnym pociągiem z Lao Cai - miejsca, w którym oprócz wszelkiego rodzaju stacji i mostu do Chin nic nie ma. Jechałam moto-taxi przez ciche, ciemne i puste ulice Hanoi, w stronę jeziorka, wokół którego mieszkańcy stolicy uprawiają wszelkiego rodzaju sporty. Wyglądało to przekomicznie - starsze panie podskakiwały, wymachując krótkimi rączkami we wszystkie strony, panowie rozciągali się przy każdej z kamiennych ławek, power walking, tai chi, aerobik na środku skrzyżowania... No cudownie. A to wszystko przed 6 rano. Tafla jeziora spokojna, odbijała zachmurzone niebo, które z czerni, grafitu przechodziło w łagodny popiel. O błękicie nie ma tu mowy. 

Siedzę w kawiarni obserwując, jak wszystko budzi się do życia, hałas i ruch narasta, co rusz podchodzą obnośne sprzedawczynie, a to z kwiatami, a to z owocami, a to nie wiadomo z czym. W tym chaosie zaczynam dostrzegać rytm i logikę. W jakiś kosmiczny sposób - to wszystko ma sens. Powoli pojawiają się turyści, zatrzymując niepewnie na każdym skrzyżowaniu, z ogromnymi plecakami i mapą w dłoniach, blokując płynny acz nieogarnięty ruch...."

Do Hanoi wróciłam jeszcze dwa razy, po drodze z Ha Long Bay i Sapa, ale od razu chciałam stamtąd uciekać. Po ciszy zatoki i gór, ten zgiełk był nie do zniesienia. Czym prędzej ruszyłam dalej.
  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Portugalia - Braga i Barcelos

A więc powróciłam. Dość nieoczekiwanie, nawet jak dla samej siebie, ale z radością. Półtora roku temu spędziłam w Portugalii sześć dni, teraz z uśmiechem przypominam sobie dźwięki, obrazy, grę słońca na błękitnych kafelkach budynków. Inny rytm niż hiszpański, chyba bardziej mi odpowiada taki zwykły spokój, niż gorączkowe narwanie Hiszpanów. To były tylko trzy dni, ale spokojnie wystarczyło na porządny wypoczynek. Doleciałam do Porto, stamtąd złapałam bezpośredni autobus do Bragi, a na dworcu już czekał na mnie mój portugalski gospodarz, Luis. Słońce oślepiało, ale nie paliło, zieleń pagórków koiła oczy. Fajnie jest tu znowu być. Braga jest wypełniona dźwiękami kościelnych dzwonów, mówią o niej – rozmodlone miasto, na każdym kroku inna zabytkowa kapliczka, czy kościół, wszystko perły architektury. Bielą się mury, błyskają kafelki, niezliczone wieże strzelają w niebo na Bożą chwałę, pysznie zdobione na złoto, na barokowo, na bogato. Katedra trochę mnie zaskoczyła – nie miałam...

Asturies, c.d.

Oviedo Po poranku w Aviles zjawiłam się w Oviedo i zabrałam się za zwiedzanie. Do spotkania z moim gospodarzem miałam klika godzin co postanowiłam wykorzystać na maksa. Mój wewnętrzny kompas poprowadził mnie do centrum, które mnie kompletnie rozbroiło. Na każdym rogu, placyku, skwerku stoją pomniki, rzeźby, postacie-symbole. Przesympatycznie! Spotkałam rybaka, mleczarkę, wielki tyłek, no i oczywiście Woody'ego Allena. Z niecierpliwością rozglądałam się wokół by odkryć kolejne figurki, a było ich mnóstwo, serio.  No i w końcu tak się zmęczyłam, że po tych wszystkich pomnikach i obskoczeniu (bo nie można tego nazwać zwiedzaniem) wszystkich ważniejszych zakątków, oraz po baaardzo obfitej fabadzie (taka nasza fasolka po bretońsku - nie polecana w upało, o nie... ale przecież trzeba było spróbować lokalnej kuchni, nie?), ułożyłam się na zielonej trawce pod małym preromańskim kościółkiem i zasnęłam jak kamień na dwie godziny. Z odpoczynkiem wróciła mi siła do zwiedza...

Asturies, maj 2012

Aviles No to się zaczęło. Jestem w Asturies, wcześnie rano, miasto budzi się powoli do życia, słońce powoli wlewa w nie energię, a ja powoli się odprężam po całym tygodniu pracy. Puste, senne uliczki, czarujące i tak inne od szalonej Barcelony czy Madrytu pyszniącego się swoją królewskością. Z wybiciem 09.00 miasto jakby się ocknęło i ruszyło, wskazówki zegara pchnęły je do działania, a dzwony popędziły. A ja dalej w bezruchu, dalej senna, bez planu ale za to z całym wolnym czasem na poznawania Asturii. Kręciłam się po wąskich uliczkach Aviles, wypełniona jego małomiasteczkowym spokojem (mimo że to jedno z trzech największych miast Asturii), aż w końcu po drugiej stronie rzeki zaskoczył mnie kompleks biało-żółtych budynków w dość kosmiczynych kształtach. Międzynarodowe Centrum Kultury Oscara Niemeyera. Audytorium jak przekrojone jajo, wieża na chudej nóżce owinięta spiralą schodów i "przestrzeń otwarta dla ludzkości" - całość pasuje jak pięść do nosa, jeśli pop...