Podeszła do mnie szefowa: "Musisz zdecydować się teraz - chcesz jechać do Reus czy nie?" Miałam pół minuty na decyzję. Oczywiście, że chciałam jechać. Więc pojechałam. Po trzech miesiącach od tej krótkiej rozmowy wysiadłam na lotnisku z prawie całym moim dobytkiem i gotowa na odkrywanie Hiszpanii. No.. Katalonii, jak się później okazało.
Mieszkałam przy dworcu autobusowym, w nieciekawej dzielnicy z mnóstwem Arabów, ale za to tanio i blisko przystanku do pracy i na plażę. Bardzo dużo pracowałam, więc moje poznawanie miejsca i okolic zabrało mi trochę czasu. Plus bliskość Barcelony kusiła okropnie, więc tam uciekałam w każdej wolnej chwili. Ale mimo wszystko Reus był moim domem przez całe długie wakacje 2010.
Notes from the journal:
"Wróciłam tu po prawie roku. Przeszłam się uliczkami, centrum przywitało mnie sennym i leniwym gwarem małego miasta. Uśmiechnęło mnie, ale nie poruszyło sentymentu, żadna struna nie drgnęła. Mój Reus się skończył.
To były dobre cztery miesiące, wypełnione pracą, Rysiem i Barceloną. Przez salon przewinął się niewielki tłum znajomych, skóra zeszła mi z pleców raz lub dwa, a mięśnie pobolały po siatkówce i ping pongu. Moja pierwsza Hiszpania przebiegła spokojnie, dobrze przygotowała mnie do szaleństwa Barcelony. Moltes gracies, Reus."
"Pamiętam to odkrywanie wszystkiego nowego. Każda wyprawa na zakupy była przygodą. A jak to się je? Jak poprosić panią, żeby wyfiletowała rybę? A co to tak w ogóle jest?
Uderzyła mnie Katalonia całą swoją mocą, język i zwyczaje były tylko stąd, unikalne, takie państwo w państwie. No i oczywiście moja marokańska dzielnica, w której odróżniałam się kolerem włosów, oczy i brakiem chustki. Gdy przechodziłam, milkły rozmowy i zaczynały się fiufiu gwizdy bynajmniej nie dlatego, że jestem takiej przecudnej urody, po prostu byłam dla tych mężczyzn atrakcją turystyczną nie mniejszą niż oni dla mnie. A kobiety? Zajęte milionem siatek z zakupami i milionem dzieci biegających wokół nich i czepiających się ich długich do samej ziemi sukien i chust.
Fiesta, nieustające parady i procesje, w które angażują się całe domy i dzielnice, starzy i młodzi. Z okazji różnych świąt organizowane są np. parady gigantów - 3-5metrowe kukły w pięknych szatach niesione są na ramionach przez najwyraźniej bardzo silnych mężczyzn, taka kukiełka potrafi ważyć nawet do 80kg. Zazwyczaj idą parami, z których każda coś symbolizuje: różne kontynenty, kraje czy krainy hiszpańskie. Czy też inne sprawy, nie jestem pewna. Są też same chodzące ogromne głowy; one jednak mają za zadanie rozbawiać. I straszyć dzieci, jak się niedawno dowiedziałam. Każda taka parada jest kolorowa, roztańczona, z orkiestrą, cukierkami, mnóstwem dzieci i starszych.
No i oczywiście castellers - ludzkie wieże, tradycja, która przyprawia mnie o taki stres i skok adrenaliny, że po wszystkim czuję ból w szczęce i jestem mokra od potu. Sprawa jest prosta -jedni stają na ramionach drugich i tak do ośmiu poziomów, albo i więcej - mój rekord to osiem, więcej chyba by mnie powaliło na ziemię bez tchu. Na samą górę wspinają się dziewczyny (bo lekkie) i dzieci. Ostatnie - najważniejsze, nazywane enxaneta, jest szczytem zamykającym wieżę. Przy dźwiękach orkiestry piszczałek i bębenków i okrzykach cap de colla, szefa, na kilka sekund prostuje się i podnosi rękę w górę by zaraz potem ześliznąć się na ziemię jak wosk ze świecy wprost w ramiona dumnych rodziców. Całość jest bez zabezpieczeń, polega na kompletnym zaufaniu sobie i grupie - że cię nie upuszczą, że cię podtrzymają, że ich siła będzie twoją siłą. Moc opanowania i skupienia. "Força, equilibri, valor i seny" Siła, równowaga, odwaga i rozum. Wiem, że mnóstwo ćwiczą, by nie narażać siebie i tym bardziej dzieci na niepotrzebne ryzyko, ale mimo wszystko - mój stres jest ogromny."
Właśnie to we mnie pozostało z mojego pierwszego życia w Hiszpanii. Ups, Katalonii. Później przyszła pora na Barcelonę, ale o tym kiedy indziej. Tym bardziej, że moja Barcelona właśnie się dzieje.
Komentarze
Prześlij komentarz