Z Limy wybralam sie pociagiem do Huancayo. 6.30 rano, 13 godzin telepania sie po bardzo watpliwej jakosci torach, bardzo pod gore i w bardzo bardzo pieknych okolicznosciach przyrody. Doslownie zatykalo dech w piersiach. Gdy dotarlismy na sam szczyt, stacja Galera na wysokosci 4781m. npm poczulam sie slabo, zatkalo mnie kompletnie, stracilam ostrosc widzenia i opadlam z sil. Patrzylam na wlasne dlonie i ich nie poznawalam, byly zrobione z wosku, uderzenia goraca - klasyczna hypoxia. Wysiadlam zeby zrobic zdjecie (duch turysty opada na samym koncu), ale przejscie 30 metrow do budynku stacji wydalo mi sie nie do pokonania. Na szczescie mam dobry zoom w aparacie, pstryknelam i doczolgalam sie z powrtotem do wagonu, gdzie spokojnie zeszlam na chorobe wysokosciowa. Na szczesie w pociagu sa pielegniarki, ktore odratowuja takie nieprzygotowane osly jak ja. Dostalam jakis denaturat do wachania i zrobilo mi sie troche lepiej, pozniej od zapozanych w pociagu Polakow dostalam tabletke, po ktorej zasnelam martwym bykiem na ok 2 godziny.
Ciekawe przezycie, ten pociag. Bylo smaczne jedzonko, zabawa w bingo, postoje i mieszane towarzystwo z calego swiata. Ja wybralam opcje tansza, classico, 120 soli (ok 35 euro), opcja turistica byla dwa razy drozsza, ale tez w roznymi innymi atrakcjami. Dziekowalam Bogu, ze sie na to nie skusilam, skoro i tak bylam wykonczona po tej calej drodze.
Widoki przecudne, przelecze, tunele, mosty, pasace sie owce i lamy, ludzie porzucali swoje zajecia i stali nieruchomo patrzac jak pociag przecina ich wioske. Gory sa super strome wiec pociag nie dalby rady wjechac ot tak, czesc trasy odbyla sie na zasadzie zygzaka: pociag dojezdzal do pewnego punktu, zmienial przekladnie i lokomotywa wpychala wagony pod gore do kolejnej przekladni, gdzie przez kilkaset metrow jechal normalnie i potem znow do tylu.
Przejezdzalismy przez bardzo biedne wiochy. I taki widok: na tle rozpadajacej sie lepianki, przykrytej nieodzowna falista blacha, stoi male dziecko. Jest idealnie w kolorze domku, gliniasto-brazowe, czarne wloski, pasiasty sweterek, a w reku trzyma komorke, ktora robi nam zdjecia. Aha, lepianka zaopatrzona jest w talerz anteny satelitarnej, w gustownym rozowym kolorze.
Dojechalam do Huancayo polprzytomna z bolu glowy i juz mialam lapac taxi, jak uslyszalam: Magalena, Madalena! No, to ja. Okazalo sie, ze pan gospodarz z hotelu, ktory zarezerwowlam wyjechal po mnie. Milo, nie? Pani gospodyni zaparzyla mi mate coca, herbate z koki, ktora podobno pomaga na chorobe wysokosciowa, mnie niestety nie pomogla, dowloklam sie do mojego cichego i cieplego pokoiku (ktory mialam niby dzielic z 2 innymi osobami, a bylam samiutka, ha!) i przemeczylam sie do rana probujac usnac mimo bolu wszystkiego. Pol dnia pozniej wszystko przeszlo i spokojnie moglam sobie pozwiedzac. Ale o tym pozniej.
Komentarze
Prześlij komentarz