Przejdź do głównej zawartości

Maroko

Dlaczego Maroko? A dlatego, że miałam styczność z tyloma ludźmi stamtąd i to doświadczenie nie było za bardzo pozytywne. Ale to niemożliwe, żeby cały kraj był nieudany, więc pojechałam sprawdzić.

Marrakesz.

Jeszcze nie zdążyłam dojechać do hostelu, a już się zaczęło. Zamówiłam wcześniej odbiór z lotniska, żeby tak na dzień dobry nie błąkać się po obcym kontynencie. Kierowca miał gęste wąsy i dywan z wielbłąda z mnóstwem zabawek na tapicerce przed kierownicą. Śmiał się, że przypinam się pasami, ale po 5 minutach wiedziałam, że była to słuszna decyzja. Na szerokiej drodze prowadzącej do centrum nie było żadnych linii oddzielającej pasy, samochody wymijały się ze wszystkich stron, manewrując pomiędzy dziesiątkami przeładowanych motorów, rowerów, wozów i osiołków. Dalej odebrał mnie Ali z hostelu i poprowadził labiryntem uliczek do Riad Marrakech Rouge.


Hostel był piękny, pełen ozdób i kolorów, z mnóstwem poduszek i kwiatów. I bardzo bardzo zimny. Na powitanie dostałam gorącej mocnej i bardzo słodkiej herbaty i poznałam cały tłum erazmusowych studentów z całego świata. Ale telefon zadzwonił i pobiegłam spotkać się z Mohamedem, którego poznałam już w autobusie na lotnisko, a który nie był zbyt nachalny i najważniejsze - był stąd. Plac Djemaa el Fna totalnie mnie porwał. Muzyka, zapachy, ludzie - plac tętnił życiem, pulsował niesamowitym wieczornym rytmem, fascynujące! Poszliśmy z Mohamedem i jego kuzynem Hassanem zjeść coś (w życiu nie wiedziałabym jak cokolwiek tam zamówić, wybrać, jak zapłacić i nie dać się oszukać) Moje blond włosy zwracały uwagę, ale dzięki marokańskiej obstawie miałam względny spokój. 

From the journal:

"Właśnie minął mój pierwszy pełny dzień w Maroko i się zmęczyłam hałasem, zamętem, wszystkim. Trzeba mieć bez przerwy oczy dookoła głowy, motory, rowery i miniaturowe samochody śmigają milimetry od ciebie i innych, trąbiąc i krzycząc. Nie ma świateł, znaków i zasad. Kto pierwszy ten lepszy. 

Oczywiście, ze przyciągam wzrok. Blond turystka i jeszcze pojedyncza. Wszyscy brzęczą wokół mnie jak pszczoły wokół pasieki: miss! good price! good quality! Ułamek sekundy mojej uwagi jest dla nich oczywistą zachętą do tego, żeby mi wcisnąć cokolwiek - od oliwek po lampę. Albo żeby za drobną opłatą wskazać mi kierunek, w którym i tak zamierzam się udać. Męczące to niemiłosiernie. Chwila mojej nieuwagi i płacę cenę naiwności sporym rejdżykiem i 80MAD. Ale z perspektywy kilku godzin dochodzę do wniosku, że warto było. Pogubiłam się w medynie, co od razu było widać. Z miejsca znalazł się "pomocnik", który zamiast na plac (do którego próbowałam dojść) poprowadził mnie w przeciwnym kierunku. Zobaczyłam, jak się piecze chleb, szkołę koraniczną, meczet i starego dziadka, który na antycznej przędzalni tkał przepiękne szaliki. Kupiłabym jeden gdyby nie fakt, że musiałam się targować. Poddałam się od razu i ku ogólnemu niezadowoleniu opuściłam mikroskopijną manufakturę. 

Dziwiłam się, że nie ma podpisanych ulic, ale jak to zrobić? Tak chaotyczny i poplątany jest ten labirynt uliczek, alejek i zaułków, że rozplątać go może tylko ten, kto tu się urodził i mieszka całe życie. Ja się kompletnie zgubiłam i dlatego potulnie i bardzo ufnie szłam za moim samozwańczym przewodnikiem, który, tak na marginesie, powiedział mi komplement pt. "Dałbym za ciebie tysiąc wielbłądów" co podobno jest dobrą ceną, potem poprosił o pocałunek, a potem o pieniądze."

A propos chleba: funkcjonują tu publiczne piekarnie, dzieci, staruszkowie lub rzadziej kobiety przynoszą rano wyrobione placki owinięte w kolorowe ściereczki, zostawiają w rzędzie na podłodze, a pan piekarz wrzuca je do ogromnego pieca. Później owija w tę samą ściereczkę i oddaje rodzinie. Każde dziecko pamięta swój kolor ściereczki, ten codzienny zwyczaj nie pozwala się pomylić. Piece opalane są drewnem, co w połączeniu z pieczywem pachnie wspaniale. A w jednej z piekarni panowie piekarze opalali się dodatkowo... haszyszem.

Zwiedziłam ruiny pałacu Badia, zachmurzone przestrzenie, niezrozumiałe dla mojej europejskiści ustawienie pomieszczeń, krużganków, śwętych kątów i resztek minaretów. I klekot boćków! Wygląda na to, że nasze swojskie bociany spędzają zimowe wakacje w Maroko, dobudowując na szczycie murów pałacowych swoje gniazda. 

Nagle milkną radia, samochody zwalniają i gasną rozmowy. Wezwanie na modlitwę. Zawodzący głos muezina, i kolejnego, i kolejnego i cała przestrzeń wypełnia się dźwiękiem. Każdy meczet zaczyna w trochę innym, lecz jedynie słusznym momencie, przez co powstaje niezwykła kakofonia. I tak pięć razy dziennie. Niesamowite, jeszcze teraz, po ponad pół roku na samo wspomnienie mam gęsią skórkę. 




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Portugalia - Braga i Barcelos

A więc powróciłam. Dość nieoczekiwanie, nawet jak dla samej siebie, ale z radością. Półtora roku temu spędziłam w Portugalii sześć dni, teraz z uśmiechem przypominam sobie dźwięki, obrazy, grę słońca na błękitnych kafelkach budynków. Inny rytm niż hiszpański, chyba bardziej mi odpowiada taki zwykły spokój, niż gorączkowe narwanie Hiszpanów. To były tylko trzy dni, ale spokojnie wystarczyło na porządny wypoczynek. Doleciałam do Porto, stamtąd złapałam bezpośredni autobus do Bragi, a na dworcu już czekał na mnie mój portugalski gospodarz, Luis. Słońce oślepiało, ale nie paliło, zieleń pagórków koiła oczy. Fajnie jest tu znowu być. Braga jest wypełniona dźwiękami kościelnych dzwonów, mówią o niej – rozmodlone miasto, na każdym kroku inna zabytkowa kapliczka, czy kościół, wszystko perły architektury. Bielą się mury, błyskają kafelki, niezliczone wieże strzelają w niebo na Bożą chwałę, pysznie zdobione na złoto, na barokowo, na bogato. Katedra trochę mnie zaskoczyła – nie miałam...

Asturies, c.d.

Oviedo Po poranku w Aviles zjawiłam się w Oviedo i zabrałam się za zwiedzanie. Do spotkania z moim gospodarzem miałam klika godzin co postanowiłam wykorzystać na maksa. Mój wewnętrzny kompas poprowadził mnie do centrum, które mnie kompletnie rozbroiło. Na każdym rogu, placyku, skwerku stoją pomniki, rzeźby, postacie-symbole. Przesympatycznie! Spotkałam rybaka, mleczarkę, wielki tyłek, no i oczywiście Woody'ego Allena. Z niecierpliwością rozglądałam się wokół by odkryć kolejne figurki, a było ich mnóstwo, serio.  No i w końcu tak się zmęczyłam, że po tych wszystkich pomnikach i obskoczeniu (bo nie można tego nazwać zwiedzaniem) wszystkich ważniejszych zakątków, oraz po baaardzo obfitej fabadzie (taka nasza fasolka po bretońsku - nie polecana w upało, o nie... ale przecież trzeba było spróbować lokalnej kuchni, nie?), ułożyłam się na zielonej trawce pod małym preromańskim kościółkiem i zasnęłam jak kamień na dwie godziny. Z odpoczynkiem wróciła mi siła do zwiedza...

Asturies, maj 2012

Aviles No to się zaczęło. Jestem w Asturies, wcześnie rano, miasto budzi się powoli do życia, słońce powoli wlewa w nie energię, a ja powoli się odprężam po całym tygodniu pracy. Puste, senne uliczki, czarujące i tak inne od szalonej Barcelony czy Madrytu pyszniącego się swoją królewskością. Z wybiciem 09.00 miasto jakby się ocknęło i ruszyło, wskazówki zegara pchnęły je do działania, a dzwony popędziły. A ja dalej w bezruchu, dalej senna, bez planu ale za to z całym wolnym czasem na poznawania Asturii. Kręciłam się po wąskich uliczkach Aviles, wypełniona jego małomiasteczkowym spokojem (mimo że to jedno z trzech największych miast Asturii), aż w końcu po drugiej stronie rzeki zaskoczył mnie kompleks biało-żółtych budynków w dość kosmiczynych kształtach. Międzynarodowe Centrum Kultury Oscara Niemeyera. Audytorium jak przekrojone jajo, wieża na chudej nóżce owinięta spiralą schodów i "przestrzeń otwarta dla ludzkości" - całość pasuje jak pięść do nosa, jeśli pop...